Przemek z portalu Santa Sangre i Opium a także zdolny muzyk.
Pierwszego świadomie obejrzanego filmu oczywiście nie pamiętam. Ciekawe ile osób byłoby w stanie przypomnieć sobie coś takiego. Z kolei co do pierwszej wizyty w kinie była to albo „Akademia Pana Kleksa”, albo jakiś radziecki – może jugosłowiański – film o przygodach dzielnego psa milicyjnego. Nie powiem, żeby były to jakieś szczególnie przełomowe seanse, wtedy – w przeciwieństwie do dnia dzisiejszego – bardziej interesowałem się choćby motoryzacją, stąd jednym z ważniejszych filmów dzieciństwa był „Konwój” Peckinpaha widziany gdzieś w połowie lat osiemdziesiątych. Oczywiście niekoniecznie rozumiałem o co w tym filmie w ogóle chodzi, ale sam widok wielkich ciężarówek mknących po amerykańskich drogach był wystarczający żeby poczuć kult. W tamtym okresie zetknąłem się też z artykułem bądź zestawieniem filmów z efektownymi scenami samochodowymi i do dziś pamiętam, że oprócz „Konwoju” wymieniono tam „Blues Brothers”, „Znikający Punkt” i „Bullitt” – wszystkie te tytuły mocno działały mi na wyobraźnię, nawet pomimo tego, że nie miałem pojęcia o czym te filmy są i wszystkie obejrzałem dopiero kilka lat później – najwcześniej chyba „Znikający Punkt”, który zresztą również katowałem na VHS-ie. A Sam Peckinpah dziś jest jednym z najważniejszych reżyserów, ale akurat „Konwój” po powtórce po latach nie wytrzymał próby czasu i w mojej „peckinpahowej” klasyfikacji okupuje miejsce w dole tabeli.
Trzecia klasa podstawówki, może czwarta. Mroźny styczeń, leżę złożony chorobą, sam, bo rodzice w pracy. Nudzę się jak diabli, więc sprawdzam na półkę z kasetami video zastanawiając się co by tu zapuścić, żeby jakoś przetrwać kolejne godziny. Tytuł „Tylko Dla Orłów” przykuwa moją uwagę. Naciskam „play” a dwie i pół godziny później przewijam kasetę i puszczam co bardziej zajebiste momenty. A na następny dzień znów cały film od początku w całości. Cios, po prostu cios. Od pierwszych sekund zachwyciła mnie muzyka – do dziś zresztą zachwyca. Ujęła atmosfera, która – pomimo, że to film wojenny – była trochę „hammerowska”, z czego oczywiście zdałem sobie sprawę po latach. Ale ta zima, gotycki zamek, karczma… a do tego epickie strzelaniny, wybuchy, ucieczka czerwonym autobusem. O rany… Nie przeszkadzało mi, że pewne wątki były w tamtym czasie nieco niejasne, na poukładanie sobie intrygi czas przyszedł później. Ale to był film przy którym poziom adrenaliny wybijał skalę, to był film, który zaszczepił u mnie miłość do kina przygodowo-wojennego. To był też film, przy którym po raz pierwszy zwróciłem uwagę na aspekty techniczne. W mocno uproszczony sposób rzecz jasna, ale już gdzieś tam kiełkowały pytania typu „jak oni to kurde zrobili”. To był pierwszy film, przy którym skrzywiłem się na brutalnej scenie, kiedy Smith wbija czekan w rękę Christiansena następnie rozkwaszając mu ryj butem (inna taka scena, którą zapamiętałem na lata to jeden z odcinków „Tulipana”, kiedy Barciś wbija Monczce gwóźdź w stopę, a potem mówi „mam jeszcze cztery” :)). To był pierwszy film, gdzie zwróciłem uwagę na aktorów. Zapamiętałem nazwiska Richarda Burtona i Clinta Eastwooda i szukałem dalszych informacji o nich, tytułów filmów z ich udziałem. Kluczowe dzieło, w wielu aspektach. Zdecydowanie jeden z fundamentów mojej filmowej miłości. I do dziś jeden z tych kilku ukochanych filmów, do których wracam przynajmniej raz w roku. „Tylko Dla Orłów” na pewno pojawi się w którymś z najbliższych odcinków mojego cyklu „Na Skrzydłach Orłów”, zatem na razie kończymy.
Innym kluczowym wydarzeniem mojego filmowego dzieciństwa był seans „Nocy Żywych Trupów” Romero. Nie przypomnę sobie kiedy to było dokładnie, ale stawiam, że w okolicach piątej albo szóstej klasy. Siedzimy z mamą wieczorem, zaczynają się „Perły z Lamusa”. Raczek z Kałużyńskim coś tam opowiadają, a ja zastrzygłem uszami kiedy usłyszałem ten dziwaczny tytuł. Żywe trupy? Ło kurde… Spytałem więc mamy czy mogę zobaczyć. Chyba doszła do wniosku, że jakaś czarno-biała ramota nie powinna sfiksować mojej psychiki i zgodziła się… Powiem wprost, tamtej nocy nie mogłem zasnąć. Spocony wzdrygałem się na każdy szmer i stukot w kaloryferach. Przerażenie jakie wzbudził we mnie ten film jest nie do opisania. Matka pewnie potem żałowała. Zszokowała mnie sama koncepcja żywych trupów oraz poczucie zaszczucia i osaczenia bohaterów. O samej końcówce nawet nie wspomnę, bo brak happy endu? Tak w ogóle można?! Mimo to skromne arcydzieło George’a Romero wzbudziło także pewną ciekawość i pomimo tego ciosu w żołądek jaki mi zaserwowało, w kolejnych latach zacząłem szukac kolejnych filmów o zombie, najpierw nieśmiało, potem z większym zaangażowaniem a dziś jest to kolejny z podgatunków, który mogę określić jednym z moich ukochanych. A sam film uważam, że zestarzał się godnie i nadal z miłą chęcią zapuszczam go raz na jakiś czas.
Nie mogę też nie wspomnieć o cyklu Poe wg Cormana na TVP2, ale tak po prawdzie ciężko mi go umiejscowić w ramach czasowych – jakiś użytkwonik Filmwebu twierdzi, że puszczali to na przełomie lat 1992/93, więc może tak w rzeczywistości było. Urzekła mnie tamta poetycka forma, strona wizualna i oczywiście niepowtarzalny Vincent Price. Obejrzałem rzecz jasna wszystkie, a najmocniej pokochałem „Maskę Czerwonego Moru”.
Oczywiście nie ominęła mnie moda na piracone VHS-y, aczkolwiek w moim przypadku nie było to aż takie szaleństwo jak u kumpli. Choć gościł mój magnetowid zarówno gwiazdy pokroju Sly’a, Arniego, van Damme’a czy Dolpha Lundgrena (Czerwony Skorpion!), ale i tych dzisiaj troszkę zapomnianych jak Dudikoff czy Sho Kosugi. Najbardziej zapadł mi jednak w pamięć film, którego później przez wiele, wiele lat nie potrafiłem namierzyć i udało mi się to dopiero w dobie internetu. Wtedy nosił działający na wyobraźnię tytuł „Turbo Interceptor” i traktował o wyścigach drogowych oraz o samochodzie, który wychodził cało z każdego wypadku… Chyba ze 20 lat minęło, kiedy w końcu przysiadłem i zlokalizowałem to dziełko, a chodziło oczywiście o „The Wraith” z Charlie Sheenem i Sherilyn Fenn (jej cycki też wtedy zapamiętałem). Po ponownym seansie okazało się, że to wciąż całkiem przyjemny B-klasowiec.
Na początku ostatniej dekady zeszłego wieku corocznie przez kilka lat ukazywał się Katalog Filmów Video, dość obszerna kniga zawierająca lakoniczne opisy filmów obecnych wtedy na naszym rynku video. Posiadałem zdaje się dwie edycje, które przeczytałem od deski do deski, nawet pomimo faktu, że wiele opisów się w późniejszym wydaniu powtarzało – nie jestem pewien, ale chyba nawet było tak, że każda kolejna edycja była rozszerzoną wersją poprzedniej… Tak czy inaczej wypisywałem sobie tytuły warte obejrzenia i próbowałem je dorwać w ten czy inny sposób. Oprócz opisów samych fabuł zwracałem też uwagę na to jak twórcy się nazywali i był taki jeden koleś, którego nazwisko wydało mi się intrygujące. Ot, takie głupkowate myślenie. Opisy fabuł jego pozycji były interesujące, ale też brzmienie samego nazwiska budziło moją ciekawość…”Kurde, jeżeli ktoś nazywa się tak czadersko, to jego filmy też muszą być fajne”. Chodziło o Dario Argento. Dzięki temu katalogowi po raz pierwszy zetknąłem się z tym kultowcem, ale nasze dziewicze spotkanie na ekranie miało miejsce kilka lat później. Albo kino nocne w TVP, albo Polonia 1, „Głęboka Czerwień”. Dziwaczne, frapujące, z niesamowitą muzyką, ale momentami trochę trudne do przetrawienia, przynajmniej wtedy. Jednak utkwił ten film w mojej głowie, lata później wróciłem do niego, nadrobiłem resztę pozycji Dario i dziś jest to ścisły top moich ulubionych reżyserów. Oczywiście na tych nazwiskach można było sie naciąć, bo kolejnym takim twórcą, który fajnie się nazywał był Costa-Gavras, ale delikatnie mówiąc jego dzieła nie przypadły mi do gustu. Do części z nich dojrzałem lata później, ale z paroma do dziś jest mi nie po drodze.
Na koniec tego segmentu wspomnę o „Vabank”, dylogii Machulskiego. Nie mam z nią związanych żadnych szczególnych wspomnień. Nie pamiętam premierowego seansu, nic z tych rzeczy. Ale są to filmy, które katowałem najwięcej razy na video, zaryzykowałbym twierdzenie, że znam je na pamięć. Po prostu uwielbiałem je – wciąż uwielbiam – i zawsze jak miałem chwilę czasu i nic lepszego do roboty, to zapuszczałem pierwszą albo drugą część, i tyle.
Tylko przez krótką chwilę zastanawiałem się, gdzie postawić tę symboliczną granicę między dzieciństwem a dojrzewaniem. W moim przypadku był to jeden konkretny wieczór, prawdopodobnie lipiec albo sierpień 1995 roku. Zostaliśmy z bratem na weekend sami w domu, bo rodzice wyjechali gdzieś ze znajomymi, obrałem więc azymut na wypożyczalnię i wziąłem cztery filmy, same nowości, które jakimś nieprawdopodobnym zbiegiem okoliczności były akurat dostępne (normalnie trzeba było robić na nie zapisy z kilku(nasto) dniowym wyprzedzeniem). Ten wieczór to był kult. Sztos za sztosem, cios za ciosem. Wtedy zrozumiałem, że kino stanie się moim paliwem na długie lata, i jak czas pokazał, nie pomyliłem się. To były: „Prawo Bronxu”, „Leon Zawodowiec”, „Pulp Fiction” i „Skazani Na Shawshank”. Zaopatrzyliśmy się w przekąski, zaczęliśmy wczesnym wieczorem, a kiedy skończyliśmy ten maraton, za oknem było już jasno. A my zbieraliśmy szczęki z podłogi. Każdy z tych filmów zachwycił mnie czymś nowym, innym, niepowtarzalnym. Ok, może oprócz „Prawa Bronxu”, choć wciąż było to bardzo solidne kino. Choć od tamtego pamiętnego wieczora widziałem całą masę fenomenalnych pozycji, wiele z nich lepszych od wspomnianej czwórki, momentów tak przełomowych, tak epickich i istotnych dla tego jak ukształtowały się moje gusta i zainteresowania, już sobie nie przypominam.
Dużo klasyki nadrobiłem w cyklu TVP „Sto Filmów Na Stulecie Kina”. Wtedy też wróciłem do kilku pozycji, które oglądałem wcześniej, ale nie do końca je doceniłem, bo po prostu byłem za mały. To był m.in. „Łowca Androidów”, „Ojciec Chrzestny”, „Francuski Łącznik” i kilka innych. Cztery kolejne widziałem jednak po raz pierwszy i każdy jeden wstrząsnął mną i sponiewierał. „Czas Apokalipsy”, o którym z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że to najlepszy film jaki w życiu widziałem, „Cena Strachu” (pierwsza piątka), „Łowca Jeleni” i „2001: Odyseja Kosmiczna” (oba to top 20). Tak, myślę, że moje dojrzewanie mogę zamknąć w roku 1995.
DOROSŁOŚĆ
Aga kazała mi się streszczać, więc ten „rozdział” będzie chyba najkrótszy. Fakt faktem, że w tym etapie nie przypominam sobie aż tak przełomowych momentów, bo też nieco inaczej podchodziłem do kolejnych seansów, w sensie bardziej przygotowany, już z konkretnymi oczekiwaniami, wiedzą i kontekstem w jakim dane dzieło mogę umiejscowić… Choć nie zmienia to faktu, że przez te ostatnie 25 lat przewinęła się cała masa kapitalnych produkcji. Zgłębiałem filmografie kolejnych aktorów i reżyserów. Bywały miesiące, kiedy leciałem tylko z jednym konkretnym twórcą, gatunkiem czy podgatunkiem. Horrory Hammera, spaghetti westerny, giallo, Kubrick, Bava, Melville, Peckinpah, mógłbym tak w nieskończoność. Poznałem dziewczynę, która na punkcie kina jest jeszcze bardziej, pardon my french, pierdolnięta ode mnie i właściwie od niemal dwóch dekad razem oglądamy około 300 filmów rocznie. Ale muszę powiedzieć, że na dzień dzisiejszy najwyżej oceniam nie te filmy, które są fantastycznie zrobione i świetnie opowiedziane (choć te oczywiście doceniam jak szalony), ale takie, które w jakiś dziwny, metafizyczny sposób oddziałują na mnie obrazem, muzyką i atmosferą korespondującą z tym jak postrzegam sztukę samą w sobie. Takie, które odbieram raczej duszą niż umysłem. Kilka przykładów to „Vinyan”, „White Lightnin'”, „The Revenant”, kurde, nawet ten niskobudżetowy, zrobiony bez poszanowania realiów historycznych „Straight Into Darkness” Jeffa Burra.
Zawsze powtarzam, że moim ulubioną erą w dziejach kina są lata siedemdziesiąte (ok, 1965-1980, żeby być uczciwym). Ale drugim takim okresem jest współczesność. Kiedy słyszę, że kino umiera, bo ekranizacje komiksów, bo sequele i remake’i, bo Akademii brakuje jaj, bo Netflix, to mnie aż skręca. Nie trzeba daleko szukać, choćby na przecięciu mainstreamu i indie wciąż dzieją się piękne rzeczy: jest Saulnier, jest Zahler, jest młody Cosmatos i masa innych utalentowanych twórców. Każdego roku ktoś nowy wyskakuje jak diabeł z pudełka i ja na takie momenty czekam z niemałą ekscytacją. Coś czuję, że jeszcze sporo fantastycznych momentów przed nami.
Przemysław Murzyn, rocznik ’79
Filmowo udzielał się najpierw na stronie pasjonatów kina Ofilmie by potem z małą grupką założyć Opium. Obok filmu, drugą pasją Przemka jest muzyka. Pisywał dla portali Beast of Prey, Kaos Ex Machina i Apostazji. Obecnie prowadzi własny portal muzyczny Santa Sangre a także sam komponuje pod dwoma szyldami Embers Below Zero i L’Égarement d’Esprit . Swoją muzykę opisuje jako eksperymentalną ambientową elektronikę. Jego ostatni materiał przesłuchać można TUTAJ



