Zachodnia kinematografia przeżywa ostatnio ogromny kryzys. Deficyt świeżych pomysłów skutkuje nie tylko lawiną sequeli, prequeli i crossoverów. Objawia się również ekranizowaniem wszelkich duperelastych komiksów oraz odtwarzaniem raz za razem banalnych i zużytych na potęgę motywów. Ot, chociażby Inwazji Kosmitów™.

Wampir rodzaju męskiego to najpopularniejszy filmowy przedstawiciel tego gatunku. Od rumuńskiego hrabiego obleczonego w długą pelerynę, którego wizerunek unieśmiertelnił Bela Lugosi, do chłopięcego Edwarda o połyskującej skórze – ten fascynujący drapieżnik przeszedł dość sporą ekranową ewolucję.

H.G Wells pisząc swoją “Wojnę Światów” nie przypuszczał pewnie, że wielkie roboty staną się popkulturowym symbolem – jednym z najfajniejszych i zarazem najbardziej infantylnych wymysłów fantastyki naukowej. A to za sprawą Japończyków, którzy jeden z gadżetów charakterystycznych dla pulpowej amerykańskiej s-f z połowy XX wieku przekształcili w prawdziwy fenomen: mecha. Groźne, olbrzymie i śmiercionośne maszyny wojenne.

Wampirzyce zawsze są atrakcyjne, seksowne i pociągające. To właśnie od nich pochodzi słowo ‘wamp’, oznaczające demoniczną kobietę, równie piękną co niebezpieczną. I takie też są zazwyczaj filmowe przedstawicielki tego gatunku.

Filmowa wampiriada – podobnie jak jej bohater – nie umiera nigdy. Dowodem tego jest trwający ostatnimi czasy wysyp filmów o krwiopijcach na małe i duże ekrany. Nie będę w tym tekście bawić się w analizowanie co tak fascynującego jest w tych stworzeniach, że kino wciąż na nowo je odkrywa i definiuje. Zamiast tego zapraszam to małego przeglądu najciekawszych moim zdaniem wampirów.
Istnieją dwa typy wampirów przewijające się w filmach: Samotnik i Członek Stada. Na pierwszy ogień idą te drugie, bo przecież w grupie raźniej:
Obok Supermana, Batmana i Spidermana, Kapitan Ameryka jest kolejnym “sztandarowym” superherosem amerykańskiego komiksu. Podczas gdy jego towarzysze doczekali się nie jednego sukcesu filmowego, on jakoś do tej pory miał w tym względzie strasznego pecha (pamiętacie ten koszmarek?) . Wszystko ma się zmienić wraz z wysokobudżetowym obrazem “The First Avenger: Captain America”. Obrazem do którego wciąż nie znaleziono godnego odtwórcy tytułowego Kapitana.

Człowiek, a tuż po nim maszyna – robot, android albo cyborg. Tak kino od lat postrzega ewolucję inteligentnych urządzeń, które dziś częściej pomagają ludzkości na taśmach produkcyjnych samochodów niż kroczą u jej boku w codziennych zmaganiach z oporną rzeczywistością. Pofantazjować jednak zawsze warto, bo genetycznie zaprogramowana w nas nieufność do techniki i strach przed jej niekontrolowanym rozwojem stają się smaczną pożywką dla filmowców o bogatej wyobraźni. Podobnie zresztą jak potrzeba ochrony i przyjaźni ze strony kogoś doskonalszego i silniejszego od człowieka.

Robot w kinie służy, pomaga, rozśmiesza, straszy, zagraża, a nawet zabija. Czyli robi to wszystko, czego nie potrafi kuchenny blender. Szybki postęp techniczny jest owocem ludzkiego umysłu, ale postęp pozbawiony kontroli może prowadzić do konfliktu, co automatycznie staje się dobrym punktem wyjścia do napisania scenariusza.