
Roboty pojawiły się na ekranie niemal wraz z pierwszymi filmami. Przynależą wszak do uniwersum science fiction, gatunku spoczywającego u korzeni X Muzy. Nie więc dziwnego, że wraz z rozwojem tego rodzaju kina postacie mechanicznych bohaterów mają w kolejnych filmach zagwarantowaną obecność. Niektóre z nich zyskują wręcz sławę ekranowych ikon – nierzadko stają się równorzędnymi partnerami ludzkich bohaterów i równie często potrafią „skraść” film nawet najznakomitszym aktorom. Przypomnijmy więc sobie najsłynniejsze roboty kina.

Filmowo rok 2009 okazał się całkiem, całkiem. Jego podsumowanie zacznę jednak przewrotnie od tytułów, które najbardziej mnie zawiodły, żeby mieć to z głowy i przejść do rzeczy przyjemniejszych. Oto trzy moje największe rozczarowania tego roku.

Nie był to dla mnie jakiś specjalnie zachwycający rok. Owszem, obejrzałem kilka dobrych filmów, kilka bardzo dobrych, parę znakomitych, w zdecydowanej jednak większości były to produkcje z lat poprzednich. Mimo to trochę przebłysków rok 2009 przyniósł, jakieś wpadki też się zdarzyły, ale… o tym poniżej.

W minionym roku wiele premier mnie ominęło więc moje podsumowanie będzie raczej skromne. Mam sporo do nadrobienia z listy głośnych filmów 2009 roku (choćby Oldlot, Antychryst czy Zapaśnik). Z tego co zdążyłam obejrzeć jedynie kilka obrazów wryło mi się na dłużej w moją i tak już nieco zużytą pamięć.

To był dobry rok. Choć rekordowy pod względem wysokobudżetowych gniotów, to przyniósł też początki odwilży w polskim kinie i kilka naprawdę dobrych filmów s-f.

We współczesnym świecie tatuaż przestał być postrzegany jako wizytówka kryminalistów i podejrzanych typów. Obecnie często pełni rolę kolejnego modnego dodatku, jak buty czy torebka. Już dawno wyszedł poza ramy (poza ciała?) określonych subkultur – równie często zobaczyć go można na ciele pani profesor, jak i pana motocyklisty. No ale ja nie o tym miałam pisać, tylko o tym jak kino wykorzystuje tą formę sztuki! Zapraszam do mojego subiektywnego przeglądu dziarek w kinie.

Po dłuższej przerwie wywołanej kwestiami o których wstyd publicznie wspominać, wracam z kolejnym odcinkiem azjatyckiego cyklu na Opium. Tym razem dwa koreańskie filmy fabularnie różniące się od siebie diametralnie, mające jednak – przynajmniej dla mnie osobiście – pewien punkt wspólny. Ich głównym atutem jest właśnie to… że pochodzą z Korei, gdyż w wydaniu “zachodnim” obie produkcje prawdopodobnie byłyby dla mnie nie do strawienia (jedna z powodu poziomu, druga tematyki).

Tym razem ani słowa o Japonii i Korei, bo także takie kraje jak Tajlandia i Filipiny mogą się pochwalić całkiem dobrymi produkcjami na poziomie takim o jakim taki piękny kraj jak np. Polska może co najwyżej pomarzyć. Przed Państwem “Dorm” i “Sigaw”

Nie miałem zamiaru pisać tym razem o Japonii. Zastanawiałem się nad czymś z Tajlandii, może Hong Kongu albo Filipin… No ale nie dało rady inaczej – filmy, które chcę dziś zaprezentować postanowiłem potraktować poza kolejką. Taryfa ulgowa dla dzieł wybitnych to chyba nic złego, prawda?
Czas na drugą odsłonę opiumowego azjatyckiego cyklu. Zgodnie z zapowiedzią, tym razem chciałbym przedstawić budzący we mnie mocno ambiwalentne odczucia, japoński “Moon Child” oraz południowokoreański, magiczny “Welcome to Dongmakgol”, film obok którego trudno przejść obojętnie. Zapraszam.