
Hiszpania rośnie w filmową siłę. Nie mówię tu o kinie ambitnym a la Bunuel czy Almodovar, bo w tym byli mocni od zawsze, ale o kino gatunków. Jeśli chodzi o horrory czy thrillery, to ojczyzna chorizo pomału staje się małą potęgą w Europie. Wydaje się zatem kwestią czasu zanim Hiszpanie zaczną dominować także w innych rodzajach kina popularnego. Ważne przy tym jest to, że nie kopiują bardziej utytułowanych kumpli zza oceanu, lecz wyrobili coś na kształt swojej własnej „tożsamości ekranowej”. Summa summarum skończy się tym, że to Amerykanie zwietrzą kolejny po Azji rynek, który można wyeksploatować a my za kilka miesięcy będziemy pewnie co drugi dzień donosić na Opium o kolejnym „niepotrzebnym rimejku”. Zresztą już się zaczęło, patrz: „[REC]”