„Phase 7” – recenzja

„Phase 7” to dość nietypowe spojrzenie na apokalipsę – nad wyraz spokojne i bezemocjonalne.

scenariusz i reżyseria: Nicolas Goldbart

zdjęcia: Lucio Bonelli

muzyka: Guillermo Guareschi

obsada: Daniel Hendler, Jazmin Stuart, Yayo Guridi, Federico Luppi

produkcja: Argentyna, 2011

 

Epidemia śmiercionośnego wirusa sieje spustoszenie na całym świecie. Jednym z krajów, które zostają dotknięte zarazą jest Argentyna. Ludzie w panice robią zapasy żywności i zabezpieczają mieszkania. Całe to zamieszanie zdaje się jednak nie dotyczyć Coco i jego ciężarnej żony – Pipi (tak, Coco to imię męskie). Jak co dzień para ze stoickim spokojem robi zakupy w markecie nie zauważając biegających w panice ludzi. Na ulicach jest coraz więcej wypadków i porzuconych samochodów, ich sąsiad Horacio zabezpiecza swój wóz tak, że wehikuł przypomina czołg, ale para bohaterów nadal pozostaje niewzruszona, jakby koniec świata ich kompletnie nie dotyczył. Dopiero kwarantanna jaką wojsko obejmie ich budynek rozpęta prawdziwy chaos – co ciekawe, nie związany z epidemią, ale z sąsiedzką wojną i szerzącymi się teoriami spiskowymi. Coco zostawia więc swoją żonę w mieszkaniu, a sam jednoczy siły z Horacio polując na sąsiadów, ale również na przydatne łupy pozostawione po tych, którzy zginęli. Na ich drodze stanie jednak pozornie nieszkodliwy, jednak szalenie niebezpieczny starzec Zanutto (w tej roli jak zwykle fantastyczny Federico Luppi, znany z filmów Guillermo del Toro).

„Phase 7” to postapokaliptyczny thriller, który podchodzi do prezentowanego przez siebie gatunku z olbrzymim dystansem. Nawet określenie „thriller” jest lekką przesadą, gdyż film Goldbarta nie specjalnie trzyma w napięciu. Armagedon rozgrywa się całkowicie poza kadrem i oprócz zdawkowych komunikatów telewizyjnych niewiele wiadomo na jego temat. Nie znamy ani jego przyczyn, ani skutków, ani tego w jaki sposób wirus się rozprzestrzenia. Są to kwestie drugoplanowe dla dość komicznej zabawy w „kotka i myszkę” która rozgrywa się na klatce schodowej objętego kwarantanną budynku.

Choć „Phase 7” może wyglądać na ciekawą mieszankę stylów, to właśnie w niewyważeniu proporcji leży jego największy problem. Filmy dotyczące śmiercionośnych wirusów są dość popularne w kinie i choć ich jakość jest bardzo zróżnicowana, ten typ filmów katastroficznych daje olbrzymie możliwości nie tylko umieszczenia społecznego komentarza, ale również nietypowych interakcji między bohaterami. Efekt końcowy zależy oczywiście od artystycznej wizji, jednak gatunek ten narzuca twórcy jeden warunek absolutny – utrzymanie napięcia i niepewności o przyszłość bohaterów. Film Goldbarta stawia natomiast na elementy komediowe, które momentami są zabawne a czasem wręcz idiotyczne (jak chociażby zblazowany lekarz, który wchodzi w stan kwarantanny w kompletnie porozpinanym kombinezonie) i zbyt wiele czasu poświęca na całkowicie nieistotne rozmowy Coco i Pipi, które sprawiają wrażenie jakby były napisane „na kolanie” tylko po to, by film nie sprowadzał się jedynie do strzelaniny między sąsiadami.

„Phase 7” miał potencjał by być wyjątkowym filmem w swoim gatunku. Ograniczenie przestrzeni i spojrzenie na apokalipsę od strony ludzi odizolowanych od świata to pomysł oryginalny i ciekawy, ale nic nie usprawiedliwia słabego scenariusza i faktu, że do samego końca, film ten nie może się zdecydować, czym chce być: komedią, thrillerem czy science-fiction, choć elementów tego ostatniego jest tu zdecydowanie najmniej. W moim odczuciu jest to raczej eksperyment filmowy, a nie pełnoprawne dzieło.

 

Film prezentowany będzie w ramach cyklu Poza Gatunkiem na festiwalu Transatlantyk 2012:

  • 18 sierpnia, godz. 20:30, Multikino 51
  • 19 sierpnia, godz. 17:30, Multikino 51

Dodaj komentarz