„Invertebrate” – recenzja


Ziemia po apokalipsie. Jaki ów kataklizm miał kształt i charakter… nie ma to tak po prawdzie znaczenia. Istotne jest, że najsilniejszy, najinteligentniejszy gatunek, mający niegdyś ambicje sięgnięcia gwiazd, został zmieciony z powierzchni planety, którą w tej chwili rządzą stworzenia, wcześniej bez mrugnięcia oka miażdżone podeszwami butów, traktowane z odrazą i obrzydzeniem, a w najlepszym przypadku lekceważone. Insekty. Owady. Robale.

Nadszedł jednak czas ich triumfu. Insekty nie dość, że opanowały królestwo homo sapiens, to również fizycznie rozrosły się do rozmiarów człowieka. Posłużyła im zagłada, oj posłużyła. Tak jak kiedyś mogły co najwyżej zmieścić się w szparze między chodnikowymi płytami, tak teraz problemu nie stanowią dla nich kilkupiętrowe kamienice, samochody… Gdyby rasa ludzka jakoś przetrwała, tak czy owak miałaby  spory problem.

Insekty pokonujące wysokie mury, włażące na równe im wielkością samochody – wszystko to pokazane jest w brytyjskiej krótkometrażówce „Invertebrate” o której po raz pierwszy informowaliśmy przy okazji wywiadu z reżyserem, Jamesem McAleerem. Film w tej chwili rozpoczyna tournee po festiwalach, a w przyszłym roku będzie prawdopodobnie dostępny za darmo do ściągnięcia. I gdy tylko taka możliwość nastąpi, warto będzie się z tą trzynastominutową produkcją zapoznać, gdyż – przynajmniej od strony technicznej – jest to dzieło naprawdę robiące wrażenie. Przy czym należy tu pamiętać o ograniczeniach, zarówno tych finansowych, jak i „ideowych”, jaki narzucili sobie sami twórcy. W „Invertebrate” nie znajdziemy ani grama CGI. Robale są prawdziwe, otoczenie w którym się poruszają jest również jak najbardziej namacalne. Oczywiście twórcy nie posiedli żadnej tajemnej wiedzy dotyczącej inżynierii genetycznej i nie wyhodowali na własne potrzeby insektów wielkości tramwaju, zamiast tego stworzyli otoczenie dopasowane rozmiarami do głównych aktorów widowiska. Modele budynków czy drzew wykonano bardzo starannie i choć momentami widać jednak, że to makiety, ogólnego dobrego wrażenia to absolutnie nie psuje. Całości dopełniają piękne zdjęcia, udźwiękowienie oraz znakomita muzyka autorstwa Beats For Beginners. Pierwotnie wydawało mi się, że najlepszym rozwiązaniem byłoby pozostawienie tylko naturalnych odgłosów i rezygnacja z jakiegokolwiek muzycznego podkładu. Teraz jednak wiem, że autorzy dokonali słusznego wyboru.

Sama historia na tym tle prezentuje się dosyć prosto. Zresztą ciężko byłoby w trzynastu minutach zmieścić wyrafinowaną fabułę, tym bardziej, że z założenia trzeba było zrezygnować z dialogów. Pomimo małej złożoności fabuły, odniosłem jednak wrażenie jakby reżyser zastosował w paru momentach pewne „skróty myślowe”. Jakby część materiału została wycięta aby zmieścić się w konkretnym czasie trwania filmu. Rozumiem jednak, że to wszystko zostanie poprawione w zapowiadanym na przyszły rok długim metrażu.

Film sprawdza się więc zarówno w wymiarze technicznym, jak i artystycznym. Nie trzeba milionów dolarów, bóg wie jakich magików od efektów komputerowych żeby osiągnąć pożądany efekt. Więcej – film ten pokazuje fakt jakże oczywisty, ale przy tym ignorowany przez bardziej znanych filmowców – nawet najlepsze CGI nie zastąpią żywego robala. I w tej kwestii, kwestii autentyczności i naturalności  „Invertebrate” wygrywa chyba najwyraźniej.


Dodaj komentarz