The Curious Case of Benjamin Button – recenzja

ImageShack

W ostatni wtorek oglądałem film w kinie. Albo to środa była? Nieistotne. Film w każdym razie głośny, dostał nawet ostatnio sporo nominacji do Oscara. „Ciekawy Przypadek Benjamina Buttona”, tak to chyba szło.

Kraj: USA
Rok Produkcji: 2008

Reżyseria: David Fincher

Scenariusz: Eric Roth

Obsada:

Brad Pitt
Cate Blanchett
Julia Ormond
Taraji P. Henson

Pamiętam, że Blanchett wyjątkowo ładnie tam wyglądała, nawet mając w pamięci fakt, że w większości ujęć była „tuningowana” komputerowo. Pamiętam też, że Pitt okazał się nietrafionym pomysłem obsadowym. Do takiej roli reżyser Soderbergh… znaczy się Fincher powinien wziąć jakiegoś trzydziestolatka góra. Już nawet abstrahując od efektów wypadłoby to naturalniej i dawało większe możliwości. Pamiętam też jakiś romans, jeżdżenie po świecie, fakt że kimnąłem się w kinie tylko 15 minut, co przy dwuipółgodzinnej kobyle jest niezłym osiągnięciem. Znaczy nie nudziłem się specjalnie. Pamiętam jeszcze… do diabła, już nic nie pamiętam.

ImageShack

Płyną sobie napisy końcowe „Ciekawego Przypadku Benjamina Buttona”. Trochę zły jestem na siebie, bo znowu dałem się nabrać. Uroniłem łzę w paru momentach, pomimo że momenty melodramatyczne zostały osiągnięte starymi, prostymi i oczywistymi środkami. No ale cóż począć, mam słabość do takich epickich melodramatów – za każdym razem wiem jak to będzie wyglądać, wiem czego się spodziewać i za każdym razem mnie trafia. No ale napisy dobiegają do końca, a ja powoli zaczynam sobie zdawać sprawę, że można z tego było, cholera, wycisnąć więcej. Jak na historię zasadzającą się na takim pomyśle scenarzyści niespecjalnie się wysilili. Potencjał był po stokroć potężniejszy. W sumie gdyby Fincher opowiedział tę samą historię ze zwyczajnym bohaterem, nie żyjącym „do tyłu” jak Button, to tak po prawdzie niewiele musiałby zmieniać. Z ostateczną oceną wstrzymam się jednak kilka dni. Poczekam aż oswoję się trochę z tym, co przed chwilą widziałem i będę mógł zerknąć na film z dystansu.

ImageShack

Od kilkudziesięciu minut siedzę w kinie i oglądam najnowszy film Davida Finchera. Ogólnie rzecz biorąc podoba mi się. Płynie sobie łatwo, lekko i przyjemnie, historia opowiadana sprawnie, choć mój mózg pracuje na pół gwizdka, jakieś to proste wszystko… drażnią trochę „mądrości” z offu typu „nigdy nie jesteś za stary aby ziścić swoje marzenia” itp. Tego typu pierdoły. Ale ogólnie nie jest źle, nawet to rzekomo kłujące w oczy CGI wcale tak nie kłuje. Zaczynam się co prawda zastanawiać za co te wszystkie nominacje, ale w sumie to słabawa w tym roku konkurencja, więc może i jednak się należało? Pitt w każdym razie drętwy, za to Blanchett olśniewająca. Mogli w sumie całość jakoś lepiej wpisać w historyczne ramy, bo gdybym nie wiedział, to – poza początkiem – bym w życiu się nie domyślił, że teraz są lata czterdzieste, a teraz pięćdziesiąte. Ale ok, jedziemy dalej.

Zaczęło się! Kurde, myślałem że te reklamy nigdy sie nie skończą. To Julia Ormond? Co tu dużo mówić, nie starzeje się zbyt ciekawie. A kiedyś całkiem fajna kobietka z niej była. Ale wracajmy do filmu – naczytałem się skrajnych opinii, ale znam siebie i wiem, że może mi się ten Button spodobać. No no, całkiem przyzwoicie i klimatycznie pokazana ta sekwencja z 1918, oby tak dalej.

ImageShack

Dziś idę na „Buttona”. To pierwsza, przynajmniej dla mnie, istotna kinowa premiera w tym roku („Milka” nie liczę, na to zostałem siłą wyciągnięty). Nie jestem jakimś tam miłośnikiem Finchera, ale w miarę lubię i szanuję jego filmy. Ten zapowiada się na najbardziej epickie przedsięwzięcie i chociaż z tego co słyszę stąd i z owąd, fajny pomysł wyjściowy trochę zepsuto i spłycono, dochodzę do wniosku, ze nie będę słuchał malkontentów i przekonam się sam. Podobnie było w zeszłym roku z „Pokutą” – większość opinii z jakimi się zetknąłem była, delikatnie mówiąc, „letnia” a film tak naprawdę okazał się znakomity. Teraz też tak będzie, bez dwóch zdań. Wszelkie znaki na niebie i ziemi na to wskazują.

Nieźle, 13 nominacji… W ogóle głośno wszędzie o tym filmie w ostatnich dniach. Mam wrażenie, że wiem już prawie wszystko o Buttonie: zwiastun, materiały z planu, recenzje, analizy. Raczej już mnie nic nie zaskoczy. Co oczywiście nie jest równoznaczne z tym, że nie liczę na dobry kawałek kina. Już wkrótce wchodzi do kin. Nie mogę się doczekać, szkoda tylko że z plakatami tak pokpili sprawę.

Ale fajny trailer tego „Benjamina Buttona”! Co prawda to jeden z tych zwiastunów, które właściwie streszczają cały film, tak że prawdopodobnie żadnych fabularnych niespodzianek nie uświadczę, ale mimo wszystko już widzę, że wizualnie będzie bardzo dobrze, a i klimatem Fincher bawić się potrafi. Zatem… nie zdziwię się jeżeli Button okaże się głównym oscarowym faworytem przyszłorocznej gali.

ImageShack

Już wiem jaki będzie następny projekt Davida Finchera! Po „Zodiacu” reżyser odchodzi (przynajmniej na chwilę) od mrocznych klimatów i zaserwuje nam historię o miłości. Nie byłby David jednak sobą gdyby nie wprowadził tu jakiegoś udziwnienia. Mianowicie będzie to opowieść o mężczyźnie, który rodzi się starcem i przeżywa życie fizycznie młodniejąc. Całość ma ponoć skupiać się na jego burzliwym, trwającym wiele lat związku pełnym wzlotów i upadków z kobietą żyjącą „trybem standardowym”. W rolach głównych Brad Pitt i Cate Blanchett. Pomysł wyjściowy wręcz doskonały, dla takiego człowieka jak Fincher (którego może i nie wielbię, ale wyobraźni i talentu odmówić nie mogę) stwarza to niesamowite możliwości. Jestem nieomal pewien, że powstanie dzieło poruszające, ze wszech miar oryginalne, które na długo zapadnie w pamięć. Od dnia dzisiejszego film ten awansuje na drugie miejsce moich „najbardziej oczekiwanych”, zaraz za planowanym już od jakiegoś czasu „Inglorious Bastards” Tarantino z Michaelem Madsenem w roli głównej. „The Curious Case of Benjamin Button” – ten projekt nie może się nie udać. Po prostu nie może.

Dodaj komentarz