komentarzy 6

  1. Witek
    18/11/2011
    Odpowiedz

    Dzięki za świetną recenzję. Zastanawiałem się nad tym filmem. To że sam aspekt merytoryczny psychoanalizy czy spłycenie kontekstu ówczesnego społeczeństwa, i kontrastu z tą niebezpieczną metodą, bardzo ujmuje temu filmowi. Tego właśnie się spodziewałbym po opisach i tytule. Szkoda.

  2. Agnieszka Sadowska
    18/11/2011
    Odpowiedz

    A no właśnie. Ja się bardzo mocno zawiodłam, bo szłam do kina jak na „pewniak”. Wiem, że mnóstwo osób się ze mną nie zgodzi, ale dla fana Cronenberga ten film to, za przeproszeniem, „popierdółka” :)

  3. Cujo
    18/11/2011
    Odpowiedz

    Uwielbiam Cronenberga, ale nie do końca się zgadzam z opinią, że się „zepsuł”. Moim zdaniem ewoluował. „Wschodnie obietnice” i „Historia przemocy”, mimo, że dalekie duchem od „Videodromu” i „Nagiego lunchu”, to nadal jest to moim zdaniem zajebiste kino i wręcz ocieka dna Cronenberga. Ten facet ma swój styl, który widać w każdym jego filmie, podobnie jak to ma miejsce w przypadku Polańskiego i Kubricka.
    „Niebezpieczną metodę” muszę obejrzeć żeby móc polemizować z powyższą recenzją, ale na razie Cronenberga będę bronił zaciekle ;)

  4. Agnieszka Sadowska
    18/11/2011
    Odpowiedz

    Cujo, co do „Historii przemocy” mam mieszane uczucia, ale „Wschodnie obietnice” uwielbiam i zgadzam się z tobą, że był to krok w jego artystycznej ewolucji. Obejrzyj „Metodę…”, bo warto sobie wyrobić własną opinię, ale mimo wszystko będę bronić zdania, że gdyby nie napisy początkowe, to możnaby ten film przyczepić do filmografii każdego hollywoodzkiego wyrobnika bez własnego stylu.

  5. Khaosth
    19/11/2011
    Odpowiedz

    Nie jestem fanem Cronenberga, widziałem tylko kilka jego filmów. „Niebezpieczna metoda” nie byłaby też moim pierwszym wyborem w kasie kinowej (częściej się skłaniam ku efektowności).

    Według mnie gra Keiry była bardziej w stylu Cronenberga, niż cokolwiek innego w tym filmie. To też jest pewien problem filmu. Nadekspresywność Keiry pasuje do tej ułagodzonej historii jak pięść do nosa. Na początku jest impet – przyjeżdża ciężki przypadek, coś skrywający i raczej nieprzychylny leczeniu. Po ok. 10 – 20 minutach filmu Sabina jest już wyleczona, a po jej ciężkim stanie pozostają jedynie drobne tiki i dziwny akcent.

    Na domiar złego ten impet całkiem wyhamowuje zwrot filmu w kierunku lżejszego, humorystycznego tonu pierwszych miłych spotkań z Freudem i radosnej, otwartej postawy Otto.

    Gdy kończą się akcenty humorystyczne, a film ma pokazać rozłam dotychczasowych stosunków między profesorami, narracja skręca w stronę listowej korespondencji. Dalsza część wygląda jak przeprowadzona bez pomysłu próba domknięcia wątków, do tego w dziwnym momencie urwana.

    Chociaż nie bawiłem się na filmie najgorzej (Otto i Freud są warci grzechu), to jednak tylko aktorstwo i może wiekowa otoczka ciągną film ku górze. Może nie doceniłem wagi profesorskiego konfliktu, ale scenariusz i reżyseria mnie nie przekonały. Nie odradzam obejrzenia, ale z pójściem do kina bym się wstrzymał.

  6. Krzysztof Spilka
    07/01/2012
    Odpowiedz

    To nie jest jeden z tych filmów, które zostawiają Cię samego z pytaniami nad którymi jeszcze długo po seansie rozmyślasz. Niestety, wyszło nudno i tandetnie. Po minach widzów (klubfilmowy pe el) doszedłem do wniosku, że moja opinia nie jest odosobniona. Zresztą, nie potrzeba 3D, żeby mieć nocne koszmary z ruszającą się szczęką w roli głównej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *