„Killer Joe” czyli tex-mex neo noir

Na „Killer Joe” Williama Friedkina czekam już od dawna i sporo sobie po nim obiecuje. Na razie muszę jednak zadowolić się zwiastunem.

Friedkin w przeciwieństwie do wielu reżyserów ze swojego rocznika starzeje się z filmową godnością. Nie kręci co raz to gorszych wersji tego samego filmu, ani nie sprzedaje się za grube pieniądze wytwórniom by reżyserować bezmyślne wysokobudżetowce (przynajmniej jak na razie). Co prawda nigdy już nie przebije „Egzorcysty” czy też „Francuskiego Łącznika” to jednak dzięki pisarstwu Tracy Lettsa wynalazł siebie na nowo. „Killer Joe” to kolejny owoc ich udanej współpracy.

To także film, dzięki któremu Matthew McConaughey wraca do dawnej aktorskiej formy. Jego kreacje – psychopatę ukrywającego się pod maską szarmanckiego Południowca – wychwala każdy krytyk piszący o filmie (druga połowa tego roku będzie należała z pewnością do niego – oprócz występu u Friedkina, zobaczyć go będzie można w „Magic Mike” Stevena  Sodenbergha i w „Bernie” Richarda Linklatera).

„Killer Joe” w Stanach Zjednoczonych dostał nawyższy certyfikat (NC-17) ze względu na sporą ilość przemocy (podobno pewna niepokojąca scena z udziałem smażonego kurczaka jest głównym winowajcą).

httpv://youtu.be/cxpvzmvFHTM

Premiera amerykańska: 27 lipca 2012

[za The Playlist]

 

Dodaj komentarz