
Kraj: Wielka Brytania
Rok Produkcji: 2008
Reżyseria: Steve Barker
Scenariusz: Rae Brunton
Obsada:
Ray Stevenson
Julian Wadham
Richard Brake
Paul Blair
Sfa(nta)styczne zło nie umiera nigdy… i w sumie bardzo dobrze, bo inaczej nie moglibyśmy cieszyć się tak fajnymi filmami jak “Outpost”, u nas funkcjonujący na DVD jako “Eksperyment SS” (przysięgam, że już drugi raz tej nazwy w tej recenzji nie użyję). “Outpost” to kolejny horror w wojennej otoczce, udanie podążający ścieżkami przetartymi przez “The Bunker” i “Deathwatch”.

Historia jest prosta jak zajęcie Paryża w 1940. Pewien tajemniczy jegomość wynajmuje grupę najemników aby ci ochraniali go podczas przeprowadzania badań terenowych. Jak się później okazuje owe “badania terenowe” to nic innego jak infiltracja starego poniemieckiego bunkra gdzieś w Europie Wschodniej. Hunt, bo tak brzmi nazwisko naukowca, nie mówi oczywiście wszystkiego, co znajduje swoje konsekwencje w późniejszych wydarzeniach… Mówiąc krótko i w uproszczeniu – nasi bohaterowie muszą stanąć oko w oko z nazistami z piekła rodem. Jak zatem widać fabuła do najmocniejszych stron filmu na pewno nie należy i to wcale nie tylko z powodu jej relatywnej prostoty i, rzekłbym, wątłości pewnych założeń. “Outpost” bowiem bazuje na tym samym schemacie co wspomniani wcześniej poprzednicy, a także choćby “R-Point” czy nawet “The Keep” – grupa żołnierzy trafia gdzieś na odludziu na opuszczony bunkier/okopy/zamek, w którym najpierw zaczyna szwankować sprzęt (tu: radio) a potem pojawiają się siły niekoniecznie z tego świata. I chociaż ja nie mam nic przeciwko kolejnym tego typu historiom, chętnie obejrzałbym jeszcze ze dwadzieścia opierających się na takich założeniach produkcji, cieplej jednak przyjmę coś w tej kwestii nowego, oryginalnego. Wszak pole do popisu jest olbrzymie.

No ale koniec narzekań, bo podczas seansu bawiłem się naprawdę nieźle. Mogą podobać się zdjęcia, które są dosyć subtelne i unikające kolorystycznych ekstrawagancji. Od początku odgrywają dużą rolę w budowaniu nastroju. A ten zaiste bywa sugestywny a w porywach niemalże upiorny. Zresztą co tu dużo gadać, zatęchłe klaustrofobiczne pomieszczenia, opuszczone korytarze czy milczące sylwetki majaczące na tle ciemnego lasu sprawdzają się prawie zawsze. A gdy do tego dodamy trochę wyblakłą, ale wciąż ponuro dumną flagę z hackenkreuzem, nieme filmy dokumentalne będące zapisem tajemniczych i okrutnych eksperymentów jakie miały miejsce w bunkrze czy w końcu okutane w esesmańskie uniformy zjawy to… no miłośnik porządnego, B-klasowego, klimatycznego i niesilącego się na jakieś wydumane przekazy kina po prostu musi poczuć się usatysfakcjonowany.

Może słówko o bohaterach. Muszę przyznać, że takiej zgrai zakazanych pysków zebranych w jednym miejscu o jednej porze to dawno nie widziałem. Jeśli znacie “Rzym”, to kojarzycie na pewno Tytusa Pullo. Ja powiem tylko, że wcielający się w jego role Ray Stevenson gra również w “Outpost”, a jego bohater jest…ekhem… najprzystojniejszy z całej ekipy. Także chyba nietrudno sobie wyobrazić jak może wyglądać reszta. Aktorsko jest średnio. Poza wspomnianym Stevensonem, któremu nie można odmówić charyzmy, pozostali aktorzy niczego specjalnego nie pokazują a czasem grają odrobinę zbyt manierycznie. Choć być może wina to tak a nie inaczej zarysowanych postaci, które swoim “rysem psychologicznym” przypominają np. te z “Predatora”. Nie ma to jednak większego znaczenia, ważne że Tytus Pullo mocno trzyma ich w ryzach udowadniając jednocześnie, że z bronią palną radzi sobie równie dobrze jak z mieczem rzymskiego legionisty.

Jak to często w tego typu filmach bywa, szwankują próby wyjaśnienia co, jak i dlaczego. Tutaj także tłumaczenia owe wypadają trochę niedorzecznie i bełkotliwie, ale bądźmy szczerzy – nie to jest najważniejsze. Ja przynajmniej, oglądając sceny cichego marszu upiornych nazistów zacieśniających metaforyczną pętlę wokół karków pozostałych przy życiu bohaterów, zapomniałem o wysiłkach scenarzystów chcących sensownie wybrnąć z tego co sami nawarzyli.

No właśnie… naziści. Co tu dużo mówić, gdyby film poległ na wszystkich innych frontach, właśnie dzięki nim nadal bym go lubił. Abstrahując już od kwestii historyczno-ideologicznych jest coś niesamowitego w połączeniu grozy i nadnaturalności z hitlerowską symboliką. Jak mówi jeden z bohaterów “Ekspe…”, znaczy się “Outpost”: “Co by o nazistach nie mówić, styl to oni mieli.” I ja osobiście życzę sobie aby ów styl prezentowali jak najczęściej… na dużym i małym ekranie.











desjudi
22:34 / 16 / Grudzień / 2008
czyli jak, “Outpost” jak “Planet Terror” Rodrigueza? Tandeta odpowiednio atrakcyjnie zapakowana? Niemniej – film zasysam, bo zaintrygowałeś mnie S.:)
Stark
23:33 / 16 / Grudzień / 2008
“Planet Terror”? Nie, raczej nie. Tu jednak postawiono bardziej na nastrój niż na totalną zgrywę. No i mimo wszystko nie jest to żadna parodia ani pastisz. Oczywiście nic nie jest tu śmiertelnie poważnie, żeby nie było, tyle że “Outpost” raczej puszcza oko do widza niż obleśnie rechocze mu w twarz :) A czy tandeta, treściowo na pewno trochę tak, formalnie niekoniecznie. Ale że to tandeta świadoma, ja to łykam bez zapitki i proszę o jeszcze :)
desjudi
11:17 / 17 / Grudzień / 2008
zdjęcia sugerują film lekko “przeestetyzowany”, ale takie są fajne w łykaniu w niedzielne wieczory na wielocalowym tv [vide "300"]. Gdy się zassie, dam znać, czy było warto :)