30 Days of Night – recenzja

30-days-of-night-poster-0

Ta wampiryczna opowiastka światową premierę miała już dobrych kilkanaście miesięcy temu. Zawrotny refleks polskiego dystrybutora powoduje jednak, że na ekranach naszych kin „30 Days of Night” debiutuje dopiero teraz. Mimo to zdecydowałem się poświęcić filmowi kilka słów na elektronicznych łamach Opium, choć bądźmy szczerzy – do najwybitniejszych dzieł światowej kinematografii „30 Days of Night” nie należy, oj nie należy.

Kraj: USA

Rok Produkcji: 2007

Reżyseria: David Slade

Scenariusz:

David Slade
Steve Niles
Stuart Beattie
na podstawie komiksu Steve’a Nilesa i Bena Templesmitha

Obsada:

Josh Hartnett
Melissa George
Danny Huston
Ben Foster

Reżyserem filmu jest David Slade, który wcześniej naraził mi się pretensjonalnym „Hard Candy”. O ile dobrze pamiętam wcześniej na stołku reżyserskim zasiąść miał Sam Raimi. I chociaż Sam już chyba na dobre utonął w odmętach komercji, nie wiem czy nie byłby jednak lepszym kandydatem na to stanowisko. Ale o tym może później.
Fabuła jest tak prosta, że aż dziw bierze, iż nad scenariuszem męczyło się aż trzech panów (w tym choćby Stuart Beattie, który wcześniej stworzył wcale przecież przyzwoity skrypt do mannowskiego „Collateral”). Oto mamy małe, odizolowane od reszty świata, wysunięte mocno na północ miasteczko na Alasce, do którego wkraczamy w przededniu (trochę dziwnie to brzmi) najdłuższej nocy w roku, trwającej bity miesiąc. Nie dziwi zatem fakt, że banda wampirów na obfity posiłek wybrała sobie właśnie to miejsce o tej właśnie porze. Josh Hartnett stoi na czele garstki miejscowych starających się przetrwać wampirzy blitzkrieg.

httpvh://www.youtube.com/watch?v=c5Q3PdT6GFQ

Generalnie wszystkie warunki potrzebne do tego aby stworzyć klasowe filmidło zostały spełnione. Niezły pomysł wyjściowy, kapitalne miejsce akcji (przez chwilę dość naiwnie przeszły mi przez głowę myśli typu: „a może drugi „The Thing” będzie?”), porządni aktorzy, brak ograniczeń spowodowanych taką a nie inną kategoria wiekową… Mimo to coś nie zaskoczyło. Ogólnie rzecz biorąc film poległ już na starcie, w samym założeniu. Jakoś nie odczułem specjalnie, że cała akcja filmu rozgrywała się w przeciągu trzydziestu dni (nocy). Równie dobrze film mógłby sie nazywać „Dzień Nocy” albo coś w tym stylu. Hartnett wyglada dokładnie tak samo dnia pierwszego, jak i ostatniego (nie licząc udawanego zarostu o którym mój Świętej Pamięci Dziadek zwykł mawiać, że wygląda jak zapałki wetknięte w… zresztą nieważne). Pozostali bohaterowie też nie mieli problemu aby znaleźć kilka chwil na odświeżający prysznic bądź nałożenie makijażu. A te parę smug brudu na twarzach to tylko tak dla niepoznaki, żeby nie było że mieli łatwo. Jednak kwestie estetyczne to jedno, a kwestia psychologiczna to drugie. W ogóle nie czułem dramatu jaki przeżywają bohaterowie. Nie wiem czy przez – było nie było – miesiąc życia w ciągłym napięciu i w świadomości, że ich ziemska egzystencja właściwie wisi na włosku mieli jakieś chwile zwątpienia, czy w przypływie desperacji nie chcieli strzelić sobie w głowę. Przechodził sobie Slade od potyczki do potyczki, z jednej lokacji do drugiej, a całość miała raczej zimowiskowy niż survivalowy posmak. Gdyby jeszcze było czyim losem się przejmować… Niestety bohaterowie (zwłaszcza drugi plan) to nieomal podręcznikowy przykład nijakości i przezroczystości. Nawet teraz, parę godzin po seansie nie potrafię sobie przypomnieć kto przeżył.

2
Inną rzeczą, która mnie mocno irytowała to raczej śmieszny niż straszny wygląd i – zwłaszcza – zachowanie wampirów. Czy one muszą tak denerwująco wyć i ryczeć? Uuu, patrzcie jaki jestem straszny! Zwłaszcza taki jeden łysy w tym celował. Zdaję sobie sprawę, że to kwestia indywidualnego podejścia, w innym osobniku takie przedstawienie wampira być może wzbudza grozę, ja jednak dziękuję, ale postoję. Żal tylko Danny’ego Hustona, aktora, którego bardzo przecież lubię i cenię. Jego rola ograniczyła sie właściwie tylko do szczerzenia się, bełkotania w dziwnym języku i plucia krwią. Oj, można było wyciągnąć z niego więcej. Podobnie zresztą jak z całego filmu. Mimo wszystko winię za to reżysera, który nie potrafił utrzymać odpowiedniego rytmu swojego dzieła. Niezłe, dobrze budujące napięcie wprowadzenie nastroiło mnie całkiem pozytywnie. Tylko co z tego skoro później całość sie rozmywa a nacisk Slade kładzie na szybką i głośną rozwałkę. Nawet gdy od czasu do czasu udaje mu się wykreować coś na kształt klimatu, efekt błyskawicznie niknie w może i efektownych, ale kompletnie do mnie nie przemawiających scenach walk, pogoni i tak dalej. I tak w kółko.

2

„30 Days of Night” są filmem dosyć brutalnym, tyle że mocno w tej całej brutalności czuć komiksową prowieniencję dzieła Slade’a. Owszem, krew się leje obficie, są jakieś obcięte głowy, flaki o ile dobrze pamiętam również… Ale robi to niewiele bardziej naturalistyczne wrażenie niż np. w „Sin City”. Naprawdę trudno to brać na poważnie, choć ogląda się dość przyjemnie. W ogóle jeśli chodzi o stronę wizualną to film Slade’a się sprawdza. Widoczki tonącego w śniegu (z czasem coraz mocniej zabarwionego czerwienią) miasteczka zdecydowanie mogą się podobać. Podobnie jak kilka znakomitych scen z filmowaną z lotu ptaka masakrą na głównej ulicy na czele.  I fajnie, ale przecież nie tylko o wrażenia estetyczne tu chodzi. Koniec końców nie poczułem się usatysfakcjonowany – „30 Days of Night” nie sięga może wampirycznego dna typu „Underworld”, ale i do najważniejszych przedstawicieli tego horrorowego podgatunku droga bardzo daleka.

Dodaj komentarz