„Lunopolis” – recenzja

Miasta na księżycu, Roswell, Atlantyda, podróże w czasie, niebezpieczna sekta, UFO, koniec świata według Majów – brzmi kiczowato? Jednak „Lunopolis”, w którym pojawiają się wszystkie powyższe wątki i jeszcze kilka podobnych, to jeden z najlepszych mockumentów, jakie widziałam.

reżyseria: Matthew Avant

scenariusz:  Matthew Avant

obsada: Matthew Avant, Hal Maynor, Dave Potter i inni

produkcja: USA / 2009

Film rozpoczyna fragment wiadomości telewizyjnych i komentowany w nich dziwny filmik pokazujący osobliwe zdarzenie. Potem poznajemy Matta i Sonny’ego, którym gospodarz programu radiowego o tematyce paranormalnej przekazał paczkę od przestraszonego słuchacza. Człowiek ten twierdził na antenie, że mieszkańcy Księżyca żyją pośród nas i wpływają na nasz świat. Na polaroidowym zdjęciu, które zresztą niezupełnie ma prawo istnieć, domorośli badacze zauważają koordynaty GPS. Odnajdują to podejrzane miejsce, a w nim zagadkowe urządzenie. Spanikowani postanawiają zabrać je ze sobą, co oczywiście sprowadza na nich poważne kłopoty, sprowadzając na ich drogę tajemniczy Kościół Lunologii.

„Lunopolis” oparte jest na dość już wyświechtanym pomyśle „found footage” – znalezionego materiału filmowego, który tutaj został jednak sprytnie opakowany w formę dokumentu telewizyjnego. Jego twórcą i narratorem jest francuski uczony, Jean Francois Champollion VI (wspaniały akcent!), który analizuje w nim historię Matta i Sonny’ego. Ten zabieg pozwolił twórcom na włączenie do filmu wywiadów, „gadających głów” i innych telewizyjnych efektów. Czyni to formę ciekawszą i pozwala odpocząć od kręconych z ręki, bardziej chaotycznych „znalezionych” ujęć. Ponadto, celem bohaterów jest dokładne udokumentowanie ich dochodzenia i mają więcej niż jednego kamerzystę, co z kolei sprytnie tłumaczy, że ich nagrania też można montować. Wszystko to jest ukłonem twórców w stronę widzów, którzy z „Blair Witch Project” lub „Cloverfield” wyszli z bólem głowy, a dodatkowo wzbogaca fabułę i pozwala przyspieszyć jej bieg.

Film ma dobre tempo, wciąga powoli, z czasem zyskując coraz więcej dynamiki, suspensu i absurdu. W końcu nawet z najbardziej niedorzecznych pomysłów śmiejemy się i to z dużą sympatią. Nawet niezbyt profesjonalne efekty specjalne i kiepski photoshop są w pewien sposób urocze.

Pochwalić trzeba także aktorstwo. W role głównych bohaterów wcielili się scenarzysta i reżyser Matthew Avant i współproducent oraz montażysta Hal Maynor (przy minimalnym budżecie każdy z nich pełnił przy produkcji także inne funkcje). Są bardzo autentyczni i w rzeczywistości pewnie dobrze się rozumieją. W rolach drugoplanowych zdarzają się potknięcia, jednak wszystkie z nawiązką wynagradza pojawienie się charyzmatycznego Dave’a Pottera, który kradnie drugą połowę filmu. Podejrzewałam, że to jakiś zapomniany, a teraz powracający aktor charakterystyczny, ale zaskakująco w jego filmografii nie ma innych tytułów.

Avantowi udało się całkiem pomysłowo połączyć mnóstwo motywów popularno- i paranaukowych oraz kilka teorii spiskowych. Lunologia jest natomiast parodią scjentologii i to dość czytelną – założyciel Kościoła Lunologii jes J. Ari Hilliard (patrz L. Ron Hubbard), a aktualny szef to David Muscodine (patrz David Miscaviage). Wszelkie inne podobieństwa wydają się być mało przypadkowe.

Jest więc z czego się pośmiać, ale niektóre wątki można też spróbować przemyśleć lub naukowo zdemaskować. „Lunopolis” to zabawne ćwiczenie zawieszenia niewiary i wyobraźni.

Film prezentowany będzie w ramach cyklu Poza Gatunkiem na festiwalu Transatlantyk 2012:

  • 19 sierpnia, godz. 20:30 Multikino 51
  • 20 sierpnia, godz. 17:30, Multikino 51

Dodaj komentarz