Relikty Retro: „Pumpkinhead” (1988)

 

Uważaj czego sobie życzysz

Stan Winston kojarzony był głównie z pracy w departamencie efektów specjalnych. W trakcie owocnej kariery maczał swoje zdolne palce w „Terminatorze”, „Predatorze” i wraz z Robem Bottinem był współautorem niesamowitych efektów  w „The Thing” Carpentera.  W 1988 roku postanowił spróbować swoich sił jako reżyser i nakręcił horror „Pumpkinhead”. Film, który pomimo kiczowatego tytułu dość mocno mnie zaskoczył.

Akcja filmu rozgrywa się gdzieś na amerykańskim zadupiu, któremu raczej niespieszno do „cywilizacji”. Mieszka tam sobie spokojnie i nikomu nie wadzi Ed Harley, samotnie wychowując synka. Pewnego dnia do jego sklepu wpada banda miastowych dzieciaków. Splot wydarzeń sprawia iż bohater musi zostawić syna na chwilę samego co oczywiście doprowadza do tragedii napędzającej cały film. Wiedziony żądzą zemsty Ed odwiedza lokalną wiedźmę domagając się sprawiedliwości. Jednak to o co poprosi w gniewie okaże się zgubne nie tylko dla winowajców śmierci synka.

„Pumpkinhead” to nie jest typowy ejtisowy creature feature. Owszem, mamy wściekłego potwora rozprawiającego się z bandą licealistów z typową dla horroru krwawą finezją, ale w przeciwieństwie do swoich gatunkowych rówieśników obraz Winstona celuje w opowieść o więcej niż tylko jednej warstwie.

Przede wszystkich nic w tej historii nie jest czarno – białe. Pragnienie zemsty to miecz o dwóch ostrzach, który rani nie tylko swoje ofiary, ale dotyka także i oprawcę o czym boleśnie przekonuje się nasz bohater. Gdy mgła nienawiści i żałoby opada, Ed zdaje sobie sprawę, iż wypuścił siłę, której nie da się okiełznać. Ofiary potwora to natomiast grupka młodych ludzi, którzy nie są jednakowo współwinni, znajdują się wśród nich także przyzwoite dzieciaki.  Co więcej, od szerzenia krwawej jatki na lewo i prawo, reżyser bardziej zainteresowany jest relacją głównego bohatera z synem i dramacie jakim jest  utrata ukochanego dziecka. „Pumpkinhead” to bardziej ponura baśń, czerpiąca garściami z klimatów Południowego Gotyku jak i po trosze taki „Deliverance” w wersji folkhorror. Nie można zapomnieć o odtwórcy roli głównej. Lance Henriksen i jego Ed to serce całego filmu. Aktor dostarczył solidną kreacje, nie przerysowaną jak to często w horrorach z tamtej epoki bywa i właściwie wyważoną (nie powiem, zaskoczył mnie chłopak!).

Wada filmu? Jak każdy obraz z pogranicza kina grozy sprzed kilku dekad mocno polegający na efektach praktycznych, „Pumpkinhead” nie najlepiej się zestarzał. Dla mnie jednak nie stanowi to żadnego problemu, gdyż filmy z tej epoki traktuje jako nostalgiczną podróż w przeszłość. Obraz Stana Winstona jest bardzo „plastyczny” i momentami mocno fantasmagoryczny– obok naturalnych lokacji mamy specjalnie stworzone plany i scenografie (choćby cmentarz gdzie pochowany jest demon), które cechuje niezwykła  groteskowa bajkowość. I każdy fan kina del Toro powinien to docenić i poczuć się jak w domu (reżyser zresztą nie ukrywa iż twór Winstona jest jednym z jego ulubionych ekranowych potworów). Sam Dyniogłowy może jest trochę „sztywniakiem” bo to w końcu facet w  niewygodnym kostiumie (ten sam, który robił za Obcego) z jeszcze nie tak dobrze rozwiniętą animatroniką twarzoczaszki. Mając jednak do wyboru efekty wizualne AD 1988 a te współczesne – robione głównie przy pomocy komputera, zdecydowanie preferuje sztaroszkolne metody bo czuć w nich więcej autentyzmu. Sam wygląd demona to kolejny dizajnerski popis Winstona i jego kreatywnej ekipy.

„Pumpkinhead” doczekał się trzech kolejnych odsłon, komiksu a także muzycznego hołdu od Misfits. Podobno miał powstać remake części pierwszej ale o projekcie (ogłoszonym w 2016 roku) słuch jak na razie zaginał. I bardzo dobrze bo ja polecam sięgnąć po oryginał, szczególnie w Halloween bo  jest to pozycja w sam raz na ten wyjątkowy wieczór.

Dodaj komentarz