Podsumowanie 2009 – Stark

Nie był to dla mnie jakiś specjalnie zachwycający rok. Owszem, obejrzałem kilka dobrych filmów, kilka bardzo dobrych, parę znakomitych, w zdecydowanej jednak większości były to produkcje z lat poprzednich. Mimo to trochę przebłysków rok 2009 przyniósł, jakieś wpadki też się zdarzyły, ale… o tym poniżej.

A jak Avatar, którego nie widziałem. Jak na razie omijam chyba najbardziej oczekiwaną premierę zeszłego roku i generalnie nie jest mi z tym źle.

B jak Bong Joon-ho, człowiek, który nie nakręcił jeszcze złego czy choćby przeciętnego filmu, a tegoroczną znakomitą „Matką” tylko ugruntował sobie mocną pozycję w moim prywatnym rankingu ulubionych reżyserów.

C jak Clint, który pożegnał się z aktorstwem w nie do końca satysfakcjonującym mnie stylu, choć raczej w kwestii fabularno – „ideologicznej”(?), gdyż „Gran Torino” samo w sobie to kawałek porządnego, dojrzałego kina.

D jak „Dystrykt 9”. Wiem, że się powtarzam po innych, ale cóż poradzę, że to faktycznie jest powiew świeżości w gatunku, sprawdzający się zarówno w warstwie „społecznej” jak i typowo fantastycznej. Jestem niemalże w stu procentach przekonany, że prędzej czy później Blomkamp zostanie wchłonięty przez hollywoodzką machinę i skończy robiąc wysokobudżetowe sequele i remake’i starych hitów, ale przynajmniej za debiut będzie jeszcze długo pamiętany.

E jak epokowe dzieła Masaki Kobayashiego („Kwaidan”, „Harakiri”, „Bunt”), bardzo przeze mnie lubiana „Lady Snowblood” czy świetny „Exiled” Johnniego To w końcu wyszły u nas w na DVD. Blink odwala coraz lepszą robotę – gratulacje i oby tak dalej!

F jak Fassbender Michael, czyli moje odkrycie roku. Widziałem go bodaj w trzech filmach i zdecydowanie mam ochotę na więcej. Kawał aktora.

G jak Gong Li. Niezwykle ubolewam nad faktem, że ta chińska piękność zrobiła sobie przerwę w graniu w zeszłym roku.

H jak (The) Hurt Locker, czyli Pan Kathryn Bigelow (nie wierzę, że to kobieta) znowu w formie. Dziwny to dosyć film, charakteryzujący się wyciszonym, sennym a jednocześnie mocno przygnębiającym żeby nie rzec „wisielczym” klimatem. Cieszy mnie, choć jednocześnie mocno zaskakuje  wymienianie „The Hurt Lockera” w gronie kandydatów do tegorocznych Oscarów. Podobał mi się, choć w tej tematyce serial „Generation Kill” jest lepszy.

I jak „I’m gonna pull the whole thing down. I’m gonna bring the whole fuckin’ diseased, corrupt temple down on your head. It’s gonna be biblical.” – „Law Abiding Citizen” było w sumie słabe, ale kilka tekstów Butlera (na czele z powyższym) naprawdę dało radę.

J jak Jones Duncan, syn wiadomo_kogo. Po tym całym szumie sieciowym dotyczącym „Moon”, film nie okazał się dla mnie tym, czym miał się okazać. Typowy syndrom zbyt wygórowanych oczekiwań. Nie zmienia to jednak faktu, że to niegłupie, rasowe kino sci-fi jakiego już od lat nie robili.

K jak Koralina. Nie lubię animacji. Mogę sobie od czasu do czasu jakąś bezboleśnie obejrzeć, byle nie za często. „Koralina” na pewno mojego podejścia nie zmieni, ale w tym gatunku to jedna z lepszych produkcji z jakimi miałem do czynienia w ogóle. A już na pewno najlepsza w 2009 roku. Zwłaszcza ujął mnie czarny kocur przemawiający głosem Keitha Davida i całkiem niepokojący klimat jakim „Koralina” emanuje. Jestem pewien, że kilkoro dziesięciolatków miało po filmie Selicka niezłe koszmary.

L jak Leoś di Caprio. Myślałem, że prędzej niebo runie mi na głowę niż strawię tego człowieka w jakimś filmie a tu taki bigos. W „Revolutionary Road” wypadł naprawdę nieźle, choć ciężko ukryć, że Winslet przyćmiła go w każdym względzie. A sam film całkiem dobry, aczkolwiek nie potrafię pozbyć się wrażenia, że gdzieś to wszystko już kiedyś widziałem. Mendes to jednak na tyle zmyślny twórca, że nawet taka niezbyt w sumie oryginalna historia w jego rękach przekształca się w kino naprawdę wysokiej klasy.

M jak „Metro Strachu” – jaki (polski) tytuł, taki film. Zdecydowanie najgorsza tegoroczna produkcja z jaka miałem nieprzyjemność obcować. Podczas telefonicznej rozmowy Denzela z żoną (tej o kupnie mleka) nie wytrzymałem i uroniłem kilka szczerych łez nad kondycją współczesnego amerykańskiego kina mainstreamowego.

N jak nagroda główna w Cannes, która bardzo zasłużenie przypadła Michaelowi Haneke (rany boskie, jeszcze kilka miesięcy temu w życiu bym nie przypuszczał, że napiszę coś takiego). Jego „Biała Wstążka”, to dzieło formalnie wycyzelowane, dopieszczone w każdym szczególe a przy tym niesamowicie treściwe (przy relatywnie małej ilości dialogów). Mądrzy ludzie mówią, że to film o narodzinach zła, o rodzącym się Nazizmie (nietrudno dojść do takiego wniosku, sam narrator w pierwszych kwestiach o tym wspomina) – i tak faktycznie jest. Ważne, że Haneke potrafi o tym opowiedzieć spokojnie i metodycznie, nie używając ekstremalnych środków a jednocześnie wykręcając trzewia.

O jak orient. Choć bywały lepsze  lata, to skośnoocy wciąż są mocni. Zwłaszcza Korea, bo ograniczając się tylko do tych najbardziej znanych nazwisk, wspomniany wcześniej Bong Joon-ho, Park Chan-wook i Kim Ji-woon (no dobra, jego „The Good, The Bad & The Weird” jest z zeszłego roku) mogą pochwalić się naprawdę porządnymi produkcjami. Japonia i Tajlandia jakby troszkę słabiej, choć nie widziałem jeszcze kilku produkcji na które ostrzę sobie zęby („Nymph” chociażby). A i na 2010 zapowiadają sporo ciekawego, tak że jestem spokojny.

P jak polskie kino. Że co? Polskie? Dziękuję, postoję.

Q jak Quentin. Mimo wszystko dał radę z tymi Bękartami. To, że Waltz wymiótł, wie każdy. Moją ulubioną postacią jest tu chyba jednak Frederick Zoller – wojenny bohater i niezdarny zalotnik w jednym, w wykonaniu niezbyt przeze mnie do tej pory lubianego Daniela Bruhla mnie osobiście zniszczył. W pozytywnym sensie oczywiście.

R jak rozczarowania. Tu znowu nie będę oryginalny: miałki i mdły jak przeterminowany budyń „Ciekawy Przypadek Benjamina Buttona” oraz „9”, który owszem, może się podobać, ale tylko pod warunkiem, że ogląda się go uzbrojonym we własny odtwarzacz mp3, nie słysząc tych koszmarnych, nadętych dialogów.

S jak Snyder Zack. Podczas seansu całkiem mi się jego „Watchmeni” podobali, ale z głowy wyparowali niecałe dziesięć minut później. Jakiś czas temu planowałem nawet powtórkę, ale szczerze mówiąc odechciało mi się. Generalnie jednak lubię Snydera, mam tylko nadzieję, że zrobi w końcu coś swojego, bo rimejki i ekranizacje komiksów to mu się kiedyś czkawką odbiją. Zobaczymy jak mu to całe „Sucker Punch” wyjdzie.

T jak Tom Tykwer, który zaskakuje swoim „The International”. Kapitalny thriller, tak właśnie powinny wyglądać ekranizacje Ludluma a nie… tak jak wyglądają teraz.

U jak USA – fakt, wiele opisywanych przez nas filmów powstaje za Oceanem, część z nich wciąż jest dobra… ale nie zmienia to faktu, że to, co się tam dzieje – zrimejkowienie, sequelizacja i, co najgorsze, postępująca infantylizacja tamtejszej kinematografii – jest naprawdę zatrważające.

V jak „Vinyan”. Najlepszy film jaki widziałem w 2009 roku w ogóle, nie patrząc na datę produkcji.

W jak Worthington Sam. Jedno z najgorętszych nazwisk w Holiłódzie a ja tego człowieka nie poznałbym na ulicy. Co prawda nie widziałem  „Avatara”, ale w „Terminatorze: Salvation” wypadł blado, choć trochę lepiej od Bale’a. Poza tym mignął mi tylko gdzieś w „Rogue” z 2007, ale zupełnie zapomniałem kogo tam grał. Cóż, jakie czasy, takie gwiazdy… No nic, zobaczymy jak wypadnie w „Clash of the Titans” (pewnie nijak, przygnieciony FXami)

X jak … bo ja wiem… XXX? Choć tu nie miejsce i pora na takie rozważania. Zatem żeby nie odbiegać za bardzo od tematu wspomnę tylko iż ciekaw jestem jak wypadła Sasha Grey w troszkę odbiegającym od jej zwyczajowego repertuaru soederberghowskim „The Girlfriend Experience”. Tak właściwie to tylko z tego powodu mnie ten film interesuje.

Y jak young, talented & beautiful – Kaya Scodelario. Co prawda widziałem ją tylko w serialu „Skins” i gdzieś jeszcze przemknęła w „Moon”, ale już dziś jestem pewien, ze dziewczyna zrobi karierę, czego zresztą jej życzę. Druga po Fassbenderze największa aktorska niespodzianka, bardzo wdzięczne i utalentowane to dziewczę. I na dodatek fajnie, dźwięcznie się nazywa.

Z jak zaległości. Z tych naszych, kinowych najbardziej żałuje, że nie widziałem jeszcze „Public Enemies”i „Antychrysta”. Trza nadrobić, najlepiej jeszcze w styczniu!

Dodaj komentarz