Komentarze: 16

  1. davros
    12/11/2014
    Odpowiedz

    zgadzam się, niestety, z tą recenzją….

  2. Bajaos
    13/11/2014
    Odpowiedz

    Koncept robotów do militarnych zastosowań jak najbardziej realistyczny….śmieszny może tak ?? Ale sensowny jak najbardziej.

    Jeżeli bierzemy pod uwagą istoty 5 wymiarowe i pętle czasową to już podróż w czarną dziurę sobie odpuśćmy….jeżeli to była czarna dziura a nie portal czasowy ale to już dywagacje przy piwie….

    Szczególnie podobało mi się doprowadzenie historii do końca (jaki by on nie był). Żadnych kręcących się bonczków, full of stars albo spiączki czy ki Chuj symulacji.

  3. janpi
    13/11/2014
    Odpowiedz

    hmm, dziwna ta recenzja, jak dla mnie film trzymał się kupy :) w pozytywnym sensie. Może pan panie Sapek wyjaśni swoje zarzuty, bo bez tego dyskutujemy o gustach, a o tych jak wiadomo… Brakuje mi konkretów w tym tekście, potrzeba czegoś więcej niż „nie podobało mi się bo nie”.

  4. Yaro
    13/11/2014
    Odpowiedz

    Rozumiem, że film ma słabe strony. Ale żeby aż tak nisko go ocenić? Nie jestem fanem Nolana. Nie napiszę też, że Interstellar to arcydzieło. Ale czy to jest słaby film? Wiedźmin to słaby film. I ostatnie dzieło Nolana to też taki sam obrazek na który nie warto iść do kina? A może po prostu spodziewał się Pan czegoś innego i te oczekiwania nie zostały spełnione?
    Przy okazji : łowca Androidów został doceniony przez krytyków i widzów dopiero po wielu latach. Trzeba przyznać, że ten film też ma wiele słabych stron. Ale czy warto psuć zabawę i przyjemność z oglądania tego dzieła i o tym się rozpisywać? Moim zdaniem nie.

    Pozdrawiam

  5. 13/11/2014
    Odpowiedz

    Moje wymagania (po słabiutkiej „Incepcji” i niewiele lepszym „Dark Knight Rises”) były naprawdę niewygórowane. I bardzo chciałem by Nolan powrócił do dawnej formy. Okazało się, że postanowił podążać raz już obraną drogą – traktując widzów jak idiotów.

    Twórcy tacy jak Bay czy Emmerich są uczciwi wobec swoich odbiorców, a Nolan… Nolan jest MLMowcem współczesnego kina wysokobudżetowego – gładką gadką próbuje przesłonić fakt, że handluje tandetą.

    Jeszcze jedno: w recenzji zawarłem dostateczną ilość konkretnych zarzutów, nie wdając się jednocześnie w wyliczankę niedociągnięć (co mogłoby zdradzać pewne elementy fabuły). Jeśli chodzi o logiczne zgrzyty, to największą grupą są te dotyczące dylatacji czasowej występującej przy czarnej dziurze – zarówno w odniesieniu do planety nr 1, jak i finału.

  6. janpi
    13/11/2014
    Odpowiedz

    Ok, zacznijmy od początku,
    „dylatacja czasowa raz działa” – tak, upływ czasu zależny jest od odległości od czarnej dziury, stąd na planecie która jest bliżej czas płynie szybciej
    „grawitacja raz jest słaba, raz silna” – zgadza się, zależy od masy ciała niebieskiego na którym się znajdujemy, bądź pozorna grawitacja na statku związana z działaniem siły odśrodkowej związanej z obracaniem całego statku.
    „bohater wesoło udaje się na wycieczkę w centrum czarnej dziury, tylko po to, aby wpakować całą historię w pułapkę paradoksu czasowego” – nikt jeszcze nie wrócił, ani nawet nie wleciał do czarnej dziury, więc nie wiadomo jakie są wrażenia gdy się tam znajdujemy – tutaj aż prosi się o przytoczenie Zasady Nieoznaczoności, stąd wizja bohatera dotycząca wszelkich możliwości rzeczywistości na raz.
    „pseudofilozoficznym gawędzeniem o sile miłości przenikającej kosmos” – w zasadzie raczej nie pseudo – poczynając od buddyzmu (wszystko jest umysłem, cząstki łączy miłość) aż do chrześcijaństwa (Bóg: jam jest miłością). Nie rozumiem dlaczego reżyser nie miałby zawrzeć we własnym filmie swojego poglądu na naturę rzeczywistości?

    Rzeczywiście, filmy Emmericha i Baya nie wchodzą na terytoria, które wymagają od widza wyobraźni i wiedzy. Aaaa, ciężarówki roboty z własną świadomością – to się broni :)

    pozdrawiam

  7. Emczak
    13/11/2014
    Odpowiedz

    Matthew mimo zaskakującego powrotu do 1 ligi aktorskiej (teraz czekamy na Cage’a!) zagrał tym razem świetnie przez siebie opanowaną/zgraną postać, ale kompletnie nie pasującą do wykreowanego świata i tematyki. Wypowiedzi poszczególnych bohaterów dzieliły się w zasadzie na pełne patosu przemowy albo wytłumaczenia dla widzów zawiłości scenariusza…
    Po grawitacji cisza w kosmosie nie robi już takiego wrażenia (ale dobrze, że się zastosowali ;)
    Szkoda.

  8. PS
    13/11/2014
    Odpowiedz

    @janpi – Czas płynie wolniej im bliżej centrum czarnej dziury. Ale załóżmy, że rozumiesz zasady opisane w filmie.
    Teraz pora na ich implikacje.

    UWAGA SPOILERY!

    Weźmy na przykład dylatację czasu.
    Wytłumacz w jaki sposób NASA (a później załoga statku) mogły odebrać jakikolwiek sygnał z planety nr 1.
    Wytłumacz w jaki sposób Cooper mógł dotrzeć do centrum czarnej dziury w czasie tak krótkim, że zdążył wysłać swojej córce wiadomość.

    To tylko dwa przykłady.

    KONIEC SPOILERÓW

    Zasada nieoznaczoności implikuje niemożność dokonania pomiaru (obserwacji) bez wpływu na obserwowany układ. Jako zasadę ogólną można stosować ją do historii o podróży w czasie, ale jak na ironię w „Interstellar” (gdzie mamy do czynienia z tradycyjną, prostacką pętlą i w efekcie paradoksem) nie ma zastosowania.

  9. davros
    14/11/2014
    Odpowiedz

    a ja się zastanawiam, ile czasu trzeba było, żeby wysłać informacje dotyczace czarnej dziury prez sekundnik… oczywiscie, jako że Coop był w tesarakcie, czas nie musiał miec znaczenia. ale ręce by mu chyba jednak omdlały troszkę.
    nie prościej było wypisać to mene tekel, fares w powietrzu przed Murphy? i byłoby szybciej, i efektowniej, i moglibyśmy sie jarać nawiązaniem do Biblii.

    i jak już był w tym teserakcie, to nie mógł sobie przewinąć i zobaczyc co Murphy będzie słychac w przyszłości – bo jak rozumiem, w tej osobliwości z czasem bylo wszystko możliwe.

    co do trików z grawitacją, (roz)wolnieniem czasu – nie ma problemu, nawet odbijanie się od horyzontu zdarzeń mi nie przeszkadza (jeśli by powiedzieli: „słuchajcie, akceleracje do atraktora osobliwości zamieni nasz spin i exodus sie powiedzie” – ja to łykam) ale dlaczego scenariusz pisał jakiś nastolatek? Pompatyczne stwierdzenia stosowane zamiennie z zaciśnięciem zębów to jeszcze nie scenariusz. Wywołanie Miłości jako wymiaru byłoby nawet niezłe, ale nie w stylu i argumentacji zaczerpniętym z notatek emo-nastolatka, który nudził się na polskim. (już lepsza była miłość jako Piąty Element). I jeszcze zakończenie

    (UWAGA SPOILER)

    gdzie Ewa Brand czeka na Adama Coopera, żeby na nowej planecie wychowac 500 dzieciaków, które zapewne zmutowały i stały sie owymi 5-cio wymiarowymi ludzmi chcącymi ocalic Tatę co nie wracał ranki i wieczory, więc po latach przysłały mu portal, żeby ta cała historia mogła pożreć samą siebię.

  10. kamil
    14/11/2014
    Odpowiedz

    Co za idiota pisze recenzje która spoileruje zakończenie…

  11. Yaro
    17/11/2014
    Odpowiedz

    Arthur C. Clarke (cytowany już na opium): „fantastyka naukowa jest tym, co nie może się wydarzyć – na szczęście”. Komentarz jest chyba zbyteczny.
    Panie Piotrze, film Sci-fi to nie dokument na Discovery Channel i chyba nie ma sensu rozpisywać się o poprawności naukowej filmu, który z założenia niewiele ma wspólnego z rzeczywistością.
    Nie uważam się za eksperta żeby rozpisywać się o dylatacji czasowej itd. i nie zamierzam z nikim na ten temat dyskutować ale będę bronił tego filmu. Nie zasługuje moim zdaniem na tak surową ocenę – chociaż jak KAŻDY FILM, ma niedociągnięcia czy – jak Pan to określił – „logiczne zgrzyty”.

  12. 18/11/2014
    Odpowiedz

    Ależ ja głównie do tych urągających logice potknięć się odnosiłem -nie do poprawności naukowej (choć i tu można mieć do detali zastrzeżenia, ale w s-f jak najbardziej można zrzucić to na karb szeroko pojętej licentia poetica).

    Zaś jeśli chodzi o Discovery Channel, to średnio trafny argument bo…
    https://www.youtube.com/watch?v=6c_CW3Iv6j4 :)

  13. Yaro
    29/11/2014
    Odpowiedz

    To może inaczej. Naukową recenzję przeczytałem na crazynauka.pl. Tam też jest recenzja Pani Oli Salwy z którą – mam wrażenie – dobrze się Pan zapoznał. Na opium spodziewałem się innego spojrzenia na ten film. Odnośnie linka z filmem dokumentalnym – dziękuję, widziałem już.

  14. Jukka Sarasti
    29/12/2014
    Odpowiedz

    Ten film miał się w założeniu jego twórców podobać widzom, miał to być film na miarę Odysei Kosmicznej 2001 i co z tego wyszło? Wyszła kamieni kupa…Film Nolanów pod szumnym, patetycznym tytułem Interstellar zawiódł niestety nadzieje w nim pokładane. Szczególnie zawiódł fanów sf. obeznanych z tematem podróży kosmicznych (niestety ale już na początku filmu można było przewidzieć motyw z duchem za książkami, że to w końcu Cooper z końca galaktyki daje znaki dymne- ograny motyw zaskoczenia w amerykańskich produkcjach). Może zacznę od plusów. Podobały mi się zdjęcia (szczególnie te z perspektywy statków kosmicznych). Podniosła organowa muzyka, która po pewnym czasie mogła co prawda trochę znużyć, niezłe, realistyczne wykonanie skafandrów, Matthew McConaughey w nowej roli – choć za bardzo ckliwej i…to chyba wszystko. Nie wspominając już o całej masie dziur logicznych w fabule, czasami tak oczywistych, że aż kretyńskich, najbardziej położył film przerost formy nad treścią – czyli motywy pseudofilozoficzne tam zaprezentowane, niezbyt dobrze dobrane a co za tym idzie wpływające na dłużyyyzny w filmie. Podczas seansu parę osób po prostu wyszło z sali. Najbardziej denerwował mnie do przesady powtarzany „Do Not Go Gentle Into That Good Night …”, pewnie to w umyśle twórców filmu miało podkreślić intelektualne wyżyny filmu, jednak niestety, nie w takiej formie. Zresztą po raz kolejny niczym w sławetnym „Gladiatorze” prezentowane jest typowe dla kultury anglosaskiej a szczególnie amerykańskiej, przedstawianie papierowego, niezłomnego bohatera, ryzykanta, niezłomnego cowboya zdobywającego w tym wypadku wszechświat. Takie naiwne antropocentryczne myślenie jest zawarte na końcu filmu w całej okazałości, gdzie Cooper sprzecza się z maszyną, która zebrała masę danych o sześcianie w czarnej dziurze wskazujących na technologię obcych, tymczasem mądry inżynierek Cooper upiera się, że to ludzie z przyszłości egzystujący w piątym wymiarze zbudowali tesseract’a aby siebie samych ratować? Końcowy motyw ze stacją blisko Saturna też słabo się zaprezentował, odwrócone domy miały chyba nawiązywać do Inspekcji (biedna dekoracja, bez rozmachu i pomysłu w przeciwieństwie do rozmachu zaprezentowania stacji orbitalnej w filmie Elizjum), twórcy zapominają, że jeśli trzymać się naukowych danych, to utrzymanie stacji z kolonią ludzi przy Saturnie lub Jowiszu byłoby bardzo problematyczne, ze względu na silne pola radiacyjne jakie emitują te planety w przestrzeń. Nie wyjaśniono nawet o co chodziło z tą teorią grawitacji, nawet mgliście. Najbardziej jednak twórcy zapętlili się w filozofii łączącej miłość z fizyką kwantową. Przyznam, że miałoby to sens, gdyby dodano do fabuły wątek boski, nawet nie wprost go podając a jedynie w domyśle (genialnie wątek chrystologiczny pojawił się u Ridleya Scotta w Prometeuszu, dodając wysublimowanego smaczku – od 2 tys. lat odroczona z nieznanego powodu inwazja na Ziemię, kumaci widzowie domyślają się dlaczego). Niestety, Nolanowie pogubili się całkowicie na końcu robiąc masło maślane z fabuły i grzęznąc w swojej tzw. pozornej wielowątkowości. Czy przejdzie ten film do historii może nie kinematografii a chociaż do historii gatunku filmu sf.?, ciężko wyrokować, wg. mnie nie ma dużych szans, z powodu mielizny intelektualnej, nie wnosi on zbyt wiele nowego do gatunku, żadnej rewolucji. Efekty specjalne na dosyć standardowym poziomie, mały rozmach świata przedstawionego, maaało pokazanej techniki. Minusem jest też to, że Interstellar zbyt mocno opiera się na współczesnych teoriach naukowych, które za parę lat mogą już być niewiele warte, to też spowoduje szybkie starzenie się filmu. Jako fan sf. wyszedłem po seansie z mieszanymi uczuciami, z czasem doszedłem do wniosku, że zawiodłem się na tym filmie i daję mu 5/10, to i tak dużo.

  15. Zbigniew Wójcik
    17/03/2015
    Odpowiedz

    @Jukka Sarasti
    „Do Not Go Gentle Into That Good Night …” to nie żadne intelektualne wyżyny tylko podkreślenie obłędu Branda. W jednym momencie można to uznać także za motyw humorystyczny.

    Czepianie się jednego głównego bohatera z jajami podczas gdy cała reszta zdolnościami przetrwania nie przewyższa grupy skautów, bądź szaleje nie wiadomo z jakiego powodu jak dr Mann. Nie chcemy kolejnej grupki załogantów Prometeusza.

    Stacja Cooper to żadna Inspekcja tylko Cylinder O’Neilla. Ponadto, był to swego rodzaju pomnik.

    Wątek chrystologiczny to najgorsze co przytrafiło się w Prometeuszu, de facto prequelu Obcego, tym bardziej gdy serwuje nam to ateista Scott. Co więcej zmasakrował on wizerunek Space Jockeya przedstawiając go jako skurczonego, w porównaniu do oryginału, albinosa kulturystę o aparycji greckiego boga wyrzeźbionego w marmurze. Ten wyraz twarzy… to była chyba komedia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *