O “Monsters” wspominałam już na łamach Opium nieraz. I wspomnę po raz kolejny z racji tego, iż w sieci zadebiutowała druga zapowiedź. Co prawda dystrybutor mocno stara się sprzedać film jako typowy “monster movie”, jednak w swoim pełnometrażowym debiucie Gareth Edwards koncentruje się bardziej na głównych bohaterach i relacjach między nimi niż na tytułowych potworach. I bardzo dobrze, ponieważ filmow SF gdzie kładzie się nacisk na postacie zamiast na puste efekciarstwo wciąż jest za mało.
Julie Taymor, choć kręci swoje filmy niezwykle rzadko (pełna lista jej dokonań kinematograficznych: “Titus”, “Frida”, “Across the universe”), to jednak są to dzieła niezwykle udane. Świetnie obsadzone i wizualnie dopieszczone. Już sam genialny “Titus” jest dobrym powodem, aby czekać na kolejną ekranizację Szekspira w wykonaniu utalentowanej Amerykanki.

Od kilku dni w Muzeum Powstania Warszawskiego można oglądać trójwymiarowe “Miasto ruin” – rekonstrukcję Warszawy zniszczonej podczas II wojny światowej. Tymczasem okazuje się, że studio animacji i postprodukcji „Newborn” od dwóch lat w tajemnicy pracuje nad filmem 3D odtwarzającym stolicę z 1935 r.
Filmów w klimatach nadprzyrodzonych, a w szczególności dotyczących okultyzmu i rozgrywających się w scenerii typowo miejskiej można ostatnio ze świecą szukać. Ja wciąż czekam na angielską (czyli tą właściwą) ekranizacje “Hellblazera”, albo choćby adaptacje serii o Feliksie Castorze (obie najlepiej w formie serialowej). Irlandzki “Outcast” w reżyserii Colma McCarthiego to jak na razie jedyna tego typu produkcja. Produkcja, która zdążyła już zebrać sporo przychylnych recenzji na kilku festiwalach.
Są filmy, które operując mikrobudżetem, całą swoją siłę opierają na pomyśle. Filmy, które nawet popkulturowych wyjadaczy są w stanie powalić na kolana samym swoim konceptem. Film takie jak chociażby “The Man from Earth“, “Pi”, “Primer” czy “Cube”. Czy “0000″ dołączy do tego grona? Myślę, że ma na to duże szanse.
Zachodnia kinematografia przeżywa ostatnio ogromny kryzys. Deficyt świeżych pomysłów skutkuje nie tylko lawiną sequeli, prequeli i crossoverów. Objawia się również ekranizowaniem wszelkich duperelastych komiksów oraz odtwarzaniem raz za razem banalnych i zużytych na potęgę motywów. Ot, chociażby Inwazji Kosmitów™.
Na tegorocznym Comic-Conie zaprezentowano między innymi nowy zwiastun do “Let Me In” Matta Reevesa. O ile pierwsza zapowiedź koncentrowała się na “robieniu” klimatu, to druga skupia się bardziej na napędzaniu dramatyzmu w typowo amerykańskim “szybko cięciowym” stylu. O dziwo ten rimejk szwedzkiego horroru przyjęto bardzo pozytywnie na targach w San Diego. Zaczęto już nawet przebąkiwać o sporym potencjale statuetkowym filmu. Ja chciałabym tylko by “Let Me In” nie okazał się jedynie anglojęzyczną kopią szwedzkiego oryginału i byłabym miło rozczarowana gdyby film wybił się choćby odrobinę z szeregu bezsensownych rimejków.
Robert Rodriguez wie jak w pełni wykorzystać zalety red band trailera. Nie tylko jest czerwono, ale także dość “flakowo”, “organowo” i “nagościowo”. Pytanie tylko, czy ta zwiastunowa eskalacja wymyślnej przemocy nie jest (jak to w przypadku wielu zajawek bywa) zbiorem najlepszych scen z całego filmu?