
Jamin Winans to postać znana naszym czytelnikom. Filmowiec-amator, który swoją pasją i zaangażowaniem mógłby obdzielić kilka osób. Najpierw zaintrygował shortem „Spin„, aby potem – już za pomocą dłuższego formatu – zawojować sieć za pomocą „Ink„. W swoim najnowszym filmie reżyser wraca do formy filmowej miniatury, aby opowiedzieć krótką, ale jakże dynamiczną historyjkę.


Gdyby w jakiejś alternatywnej rzeczywistości Guillermo del Toro i Alex Proyas trafili na siebie w czasach kiedy byli jeszcze ubogimi studentami szkoły filmowej i postanowili zrobić wspólnie film, to bez wątpienia powstałoby coś na kształt „Ink” .W wielkim skrócie film opowiada o tajemniczych siłach toczących bój o nasze dusze podczas snu – jedne zsyłają na nas okropne koszmary a drugie oferują kojące marzenia senne. Pewnej nocy ośmioletnia Emma zostaje porwana i uwięziona w krainie Snu – od tego momentu rozpoczyna się walka o jej niewinną duszę.