Kazuaki Kiriya tworząc „Cassherna” zbliżył się bardzo blisko realizacji 'fabularnego anime’. Film o dość skromnym budżecie zachwycał swoją oprawą audiowizualną, rozmachem i dynamiką. Jednocześnie pokazał jak trudne jest okiełznanie takiej formy, z jaką łatwością można popaść w banał i śmieszność. I pozostawił z pytaniem: czy ta droga to przypadkiem nie ślepa uliczka?
Mieszanina kina wojennego (czy też raczej militarystycznego) z horrorem to od zawsze połączenie nader efektowne. Miast zdezorientowanych cywilów mamy uzbrojonych, przygotowanych do walki mężczyzn (lub w wydaniu coraz modniejszym: kobiety) i zagrożenie któremu często, mimo świetnego przeszkolenia, nie są w stanie sprostać. W „Red Sands” grupka znudzonych, amerykańskich żołnierzy w trakcie misji na Bliskim Wschodzie niszczy wiekową rzeźbę i…
Nie, nie zgadliście. To co ich ściga to nie wkurwiony miejscowy konserwator zabytków.
Nareszcie doczekałam się pełnego zwiastuna do „Terminator:Salvation” i… I mimo iż zwiastun jest bardzo dynamiczny i odpowiednio zmontowany, to jakoś wcale nie zmienił mojego sceptycznego nastawienia do filmu. Zresztą czego można oczekiwać po obrazie wyreżyserowanym przez gościa który nazywa się McG i wsławił się dziewięćdziesięciu minutowym 'teledyskiem’ znanym jako „Aniołki Charliego 2”? Chyba tylko dziewięćdziesięciominutowej nawalanki z mnóstwem wybuchów w stylu Michaela Bay’a (zresztą spójrzcie na ostatnia scenę w zwiastunie.. coś wam to przypomina? ). A Anton Jelchin w roli młodszej wersji Kyle Reese’a z pierwszej części Terminatora tez mi jakoś nie leży. No ale może się mylę i narzekam bezpodstawnie… Może.
Fanowskie produkcje nigdy mnie nie zachwycały, owszem twórcy mieli duże chęci i mnóstwo zapału, ale wykonanie zazwyczaj było kiepskie i pachniało tandetą. Od czasu do czasu trafiała się jakaś perełka, tak jak na przykład fanowskie filmy Sandiego Colorri (a przede wszystkich jego Batman: Dead End) ale ogólnie z dobrym fanowskim filmem jest jak z zaćmieniem słońca – zjawisko to występuje niezwykle rzadko.
Jednakże, na wyspach brytyjskich ostatnio „zaćmiło”. I to jak! Chris Bouchard za jakieś 3 tysiące funtów zmajstrował niezależną fanowską produkcję dziejącą się w świecie Władcy Pierścieni, zatytułowaną „The Hunt For Gollum”. Obejrzeć ją będzie można w całości w internecie w przyszłym roku. Tymczasem zapraszam na stronę filmu a poniżej prezentuję mały zwiastunowy przedsmak tej wyjątkowej produkcji:
Pośród tych wszystkich horrorowatych slasherów które ostatnimi czasy zaludniają kinowe ekrany, oferując kolejne wariacje na temat szaleńca z piłą/hakiem/młotem/siekierą (niepotrzebne skreślić) oganiającego się za kolejną biedną dziewczyną z miseczką nie mniejszą niż 80B, ciężko jest wyłuskać coś co będzie straszyć nieco inaczej, bardziej ambitnie. Na szczęście nie tylko Amerykanie biorą się za filmy grozy, zawsze można liczyć na Azjatów (choć zaczynają już popadać w rutynę) i Hiszpanów (tu wciąż jest nadzieja). Do tego wąskiego grona można śmiało dodać jeszcze Finów, a przynajmniej na początek jednego – AJ Annilę.
Drugi w karierze film Annili, zatytułowany „Sauna”, to niezwykle wysmakowana wizualnie, mroczna i nastrojowa historia o poczuciu winy i odkupieniu.
Jest rok 1595. Po zakończeniu długotrwałej i wyniszczającej wojny, dwóch braci uciekając przed zbrodnią popełnioną na niewinnej dziewczynie, dołącza do ekspedycji mającej na celu wytyczenie nowych granic pomiędzy Szwecją a Rosją. Po drodze docierają do zapomnianej przez Boga wioski, gdzie od dawna nie urodziło się żadne dziecko, a starcy nie mogą umrzeć. Tam natrafiają na miejsce, gdzie według wierze lokalnej społeczności, mogą obmyć się ze swoich win – sauny.
Hisotria rozgrywa się w XIX w. Dwunastoletni Brendan jest nauczany przez swojego wuja, Abbota Cellach, który oczekuje, że bratanek pójdzie w jego ślady. Pewnego dnia Brendan spotyka Brata Aidana, skrybę i ilustratora, który ukazuje mu piękno sztuki i rozbudza jego kreatywność i wyobraźnię…
Nietypowy to materiał na film animowany, trzeba przyznać. Tematyka sakralna, tworzenie manuskryptów…ale i wyprawa w świat wyobraźni. Wizualnie cudna i wysmakowana, stylistyką nawiązująca chwilami do średniowiecznych witraży, ale i znakomicie animowana. Nawet jeśli całość okaże się fabularnym banałem lub nudziarstwem, to piękno prezentowanych obrazków wystarczy aż nadto. Zobaczcie sami:
Zwiastun do „The Perfect Sleep” moje oczęta ujrzały prawie rok temu i wciąż czekają na jakąkolwiek informację odnośnie premiery a tu NIC. Szkoda bo ta produkcja zapowiada sie naprawdę interesująco dla fanatyczki noirowych klimatów takiej jak ja. 'Ambitnie’ reklamowana jako „Dashiell Hammet spotyka Dostojewskiego” lub też bardziej kontrowersyjnie jako „masochistyczne kino neonoir” posiada nieco pierwszego ( większość bohaterów filmu nosi rosyjsko brzmiące imiona: Nikolai, Ivan, Kolya ) jak i drugiego (centralna postać filmu cierpi na dziwną 'przypadłość’, otóż nie stroni od tego aby dawano mu porządnego łupnia i… chyba bardzo to lubi).
Oficjalny opis fabuły brzmi następująco:
Po dziesięcioletniej nieobecności, tajemniczy mężczyzna wraca do swojego rodzinnego miasta aby ochronić kobietę którą zawsze kochał ale nigdy nie mógł mieć. Zagrożeniem jest ich wspólny wróg, którego celem jest zakończenie długotrwałej i wyniszczającej wojny między dwoma rodzinami.
Co ciekawe dama jego serca nosi imię Porfiria (sic!) a sama zapowiedź obiecuje o wiele więcej dziwaczności i niespodzianek. Niby zaczyna się jak typowe kino z gatunku noir, ale potem rozkręca się w całkiem inne klimaty i ten misz-masz wcale mi nie wadzi, wręcz przeciwnie, obiecuje coś niekonwencjonalnego (czyli bardzo przeze mnie pożądanego ).
Zwiastun „The Perfect Sleep” sam w sobie jest małym celuloidowym majstersztykiem. Według mnie stanowi perfekcyjne połączenie świetnie zmontowanego obrazu (i to wizualnie wysmakowanego obrazu) z towarzyszącą temu muzyką. Zresztą oceńcie sami, a mi pozostaje zapewne czekać kolejny rok na to filmowe wariactwo…
TUTAJ zwiastun do zobaczenia w lepszej rozdzielczości.
Tak mniej więcej można przetłumaczyć tytuł najnowszego filmu Russella Mulcahy’ego, reżysera który nakręcił bodajże jeden znaczący film- kultowego „Nieśmiertelnego”z Christopherem Lambertem. Czyżby „Give’em Hell Malone” miało być powrotem do dobrej formy? Mam nadzieje ze tak! Pomimo iż jest to raczej niezależna produkcja ( film kosztował zaledwie 10 milionów dolarów) to zapowiada się na to, ze będzie to coś co tygryski lubią najbardziej. Mianowicie zabawa formą i to moją ulubioną, czyli klimatami kina noir, zaserwowana w iście tarantinowskim sosie.
Świat się rozpada. Szmaragdowe niebo przesuwa się wolno nad nieznanym miastem. Opuszczonym w pośpiechu, ze stosami już niepotrzebnych nikomu rzeczy, ulicami zastawionymi samochodami i kolumnami porzuconych czołgów. Kilku pozostałych mieszkańców wałęsa się bezcelowo wśród ulic, zachowując się irracjonalnie, krzycząc, tracąc kontrolę nad sobą. W międzyczasie gwałtownie rosnąca, zielona pleśń wysysa życie ze wszystkiego wokół…
Tak pokrótce przedstawia się świat w nowej rosyjskiej produkcji – 'Ottorzhenie’ (’Odrzucenie’). Postapokalipsa w wydaniu eurosłowiańskim? Kupuję to hurtem, tym bardziej, że przedstawiony poniżej zwiastun przywołuje na myśl obrazy takie jak 'Quiet Earth’ czy ’28 days later’. Premiera w maju 2009.
„Deadtime Stories” to z kolei reklamowana nazwiskiem George A. Romero produkcja składająca się z trzech półgodzinnych horrorowych nowelek. Trzeba jednak pamiętać, że Mistrz figuruje tu tylko jako producent wykonawczy, a za scenariusz i reżyserię odpowiadają Jeff Monahan, który wsławił się współpracą z Romero przy okazji „Two Evil Eyes” i jeszcze dwóch innych filmów, Matt Walsh, który nie jest znany właściwie z niczego, oraz Michael Fischa, który coś tam kiedyś nakręcił, ale pewnie dziś sam się tego wstydzi. Tak czy inaczej poczekajmy, bo chociaż zwiastun nie wygląda specjalnie zachęcająco, może jednak panowie pokażą pazur, a całość okaże się czymś więcej niż tylko popłuczynami po „Creepshow”.
„Wij” z 1967 roku to jeden z najbardziej nastrojowych filmów grozy jakie miałem okazję ujrzeć w swoim nędznym życiu. Ale ponieważ nakręcono ten obraz za Żelazną Kurtyną, nie miał on aż takich szans na odpowiednią promocję i dotarcie do większej rzeszy ludzi na świecie (jak nierzadko przecież gorsze, hollywoodzkie filmy grozy z tamtych lat). Z czasem jednak ta adaptacja klasycznego dzieła Gogola obrastała kultem, a dziś śmiało można stwierdzić, że obok produkcji Mario Bavy to właśnie „Wij” wytyczył pewne nowe trendy estetyczne w materii horroru w latach sześćdziesiątych.
A to ci niespodzianka… będzie remake! Na szczęście biorą się za niego Rosjanie a nie Amerykanie, tak że istnieje nadzieja, iż coś sensownego z tego wyjdzie. Poniżej najświeższy zwiastun do nowego „Wija”.
Melagnea:
Pozwoliłam sobie dodać nieco inny zwiastun do nowej wersji „Wija”. Przygotowany raczej z myślą o zachodnim odbiorcy:
Zapraszam również tutaj, gdzie jest cała masa wijowatych zwiastunów do obejrzenia.
Pamiętacie jeszcze „Screamers”? Myślę, że tak – wszak to jeden z najbardziej posępnych filmów sci-fi jakie ujrzały kiedykolwiek światło dzienne. W każdym razie mam złe wieści – po czternastu latach komuś się zachciało nakręcić prawdopodobnie zupełnie niepotrzebny sequel. Fabuła urzeka oryginalnością – otóż po przechwyceniu sygnału SOS pewna grupa ludzi ląduje na Syriuszu 6-B aby sprawdzić czy na uważanej za opuszczoną planecie nie ostały się przypadkiem jakieś ludzkie niedobitki. Oczywiście ostały się… podobnie jak tytułowe „screamersy”.
Za reżyserię odpowiada sam Sheldon Wilson, twórca tak wiekopomnych dzieł jak np. „Kaw” u nas znany jako „W Szponach Strachu”. Normalnie już się nie mogę doczekać.